poniedziałek, 9 marca 2015

Śnieżna wojowniczka

Płungiany to niewielkie miasteczko na północy Litwy, ok. 50 km na wschód od Kłajpedy. Do 1945 roku było częścią Polski. To tutaj, 4 lutego 1943 roku w rodzinie państwa Błaszkiewiczów rodzi się córka, której dają na imię Wanda. Po wojnie przeprowadzają się do Wrocławia, gdzie zdolna dziewczynka zostaje dopuszczona od razu do drugiej klasy podstawówki. Wkrótce kończy II LO  i mając zaledwie 22 lata zdobywa tytuł magistra na Wydziale Elektroniki Politechniki Wrocławskiej. Jej specjalność to maszyny cyfrowe. Uczy również matematyki i fizyki.

Wanda Błaszkiewicz nie tylko pokazała się jako niezwykle inteligentna osoba, ale również jako zapalona sportsmenka. Początkowo trenowała lekkoatletykę, jednak później przerzuciła się na siatkówkę. W dyscyplinie tej odnosiła niemałe sukcesy, jako zawodniczka pierwszoligowej drużyny Gwardia Wrocław. Jednak los szykował dla Wandy inne plany. Pewnego letniego dnia w 1961 roku zabrakło jej paliwa, gdy jechała swym Junakiem – kultowym polskim motocyklem. Tak się złożyło, że tego samego dnia, drogą jechał Bogdan Jankowski, który pomógł Wandzie z motocyklem. Ich znajomość miała zaważyć na jej przyszłych zainteresowaniach. Bogdan był wspinaczem i to on pokazał Wandzie pionowy świat skał. Razem często wyjeżdżali w rejon Sokolików – znanej wspinaczom miejscówki w Sudetach. Szybko okazało się, że Wanda ma prawdziwą smykałkę do łojenia. W 1962 ukończyła kurs taternicki i wyruszyła na podbój Tatr. Z jej wielu ambitnych przejść należy wspomnieć o przejściu tzw. Wariantu R na Mnichu uznawanego za jedną z najbardziej wymagających dróg wspinaczkowych w Tatrach.
Sokoliki.


W końcu przyszedł czas na Alpy.Między 1964-65 wspinała się w Alpach Zillertalskich, gdzie uczestniczyła w wielu kursach alpinistycznych, m.in. kursie ratowniczym organizowanym przez dr Helmuta Scharftettera jej przyszłego męża. Szybko pnie się po szczeblach kariery alpinistycznej, by w 1967 roku przejść 800-metrową ścianę Aguille du Grepon razem z bardziej doświadczoną Haliną Kruger-Szyrokomską  – jest to pierwsze przejście kobiecę. Obie panie pokonują również jako pierwsze przedstawicielki płci pięknej, wschodni filar Trollryggen w Norwegii.
Wanda Błaszkiewicz - Rutkiewicz.
Począwszy od 1970 roku rozpoczyna się jej przygoda z górami wysokimi. Zdobywa wtedy szczyt Pik Lenina (7134 m n.p.m.) wyrównując tym samym kobiecy rekord polski wysokości. Jeszcze przed wyjazdem wychodzi za mąż, za warszawskiego taternika Wojciecha Rutkiewicza. Choć małżeństwo przetrwało zaledwie kilka miesięcy, Wanda na zawsze przyjęła jego nazwisko.

Lata 70 dla Wandy Rutkiewicz to głównie powrót w Alpy i pierwszy wielki sukces: zdobycie Gaszerbruma III (7952 m n.p.m.) najwyższego dotąd niezdobytego szczytu świata. Jako kierownik wyprawy dała się poznać jako niezwykle twarda kobieta, o nieokiełznanym charakterze. Film „Temperatura Wrzenia” pokazuje jak bardzo surową postacią była, próbując pogodzić własne ambicje z oczekiwaniami męskiej części zespołu. Było to źródłem wielu zgrzytów, ale ostatecznie wyprawa zakończyła się sukcesem.

Niezwykle owocnym okazał się rok 1978. Wanda wraz z kobiecym zespołem zdobywa Matterhorn (4478 m n.p.m.). Później, 16 października, dokładnie w tym samym dniu w którym rozpoczął się pontyfikat Jana Pawła II, Wanda zdobywa jako trzecia kobieta na świecie (pierwsza europejka) Mount Everest (8850 m n.p.m.). Rok później, podczas jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny ofiarowuje Ojcu Świętemu, kamień ze szczytu. Gdy go zobaczyła, uklękła. Papież podniósł ją z ziemi i rzekł: "Wstań. Ludzie gór witają się na stojąco." :). Mówił również: "Dobry Bóg tak chciał, abyśmy tego samego dnia zaszli tak wysoko."
Wanda Rutkiewicz podczas spotkania z Janem Pawłem II w 1979
17 marca 1981 roku podczas wyprawy na Elbrus, zdarzył się wypadek, który nieomal przekreślił dalszą karierę Wandy. Potrącona przez spadającego alpinistę, spadła z wysokości i doznała otwartego złamania uda. Marne warunki panujące w miejscowych szpitalach i zła opieka medyczna zmusiły ją do wizyty w Austrii, gdzie kontynuowała leczenie. Tam też zastał ją stan wojenny i poślubiła dr Helmuta Sharfettera.\


Wanda Rutkiewicz była niezwykle silną i niezależną kobietą, co zaważyło na jej relacjach z mężczyznami. Jej drugie małżeństwo z dr Sharfetterem trwało krótko podobnie jak pierwsze małżeństwo. Ze względu na swoją pasję zrezygnowała z macierzyństwa. Była niezwykle szanowana w środowiskach alpejskich, choć nieraz sugerowała, że mężczyźni próbowali zepchnąć ją na dalszy plan i nie grali fair. Pomimo wszelkich trudności, Wanda stała się ikoną i idolem dla wielu przyszłych himalaistek. Żadna inna postać nie zrobiła chyba tak wiele w kwestii przełamania męskiego monopolu w himalaiźmie.

Elbrus (5642 m n.p.m.) - na jego ośnieżonych stokach Wanda Rutkiewicz złamała udo.
Po wielu operacjach na krótko wróciła do wspinaczki jednak pod koniec stycznia 1982 doszło do kolejngo, samoistnego złamania. Wraz z polską wyprawą przeszła cały lodowiec Baltoro o kulach – ponad 80 km!!! Wyprawa na K2 nie powiodła się. Na domiar złego jej dawna przyjaciółka, Halina Syrokomska, została na zawsze na zimnych stokach drugiej najwyższej góry świata. Na szczęście dzięki swej niezwykłej sile charakteru udało jej się wrócić do formy i pozbierać. Koniec lat 80-ątych to prawdziwy złoty wiek dla Wandy Rutkiewicz. Kolejne szczyty znikały pod jej stopami. Aconcagua, Nanga Parbat, Sisha Pangma, Gasherbrum, Czo Oju... W końcu 23 Czerwca 1986 roku w dniu swoich imienin, zdobyła jako pierwsza kobieta szczyt K2 (8611 m n.p.m.).

Wanda Rutkiewicz w 1978 roku.


W 1990 roku brakowało jej jeszcze 8 szczytów do skompletowania Korony Himalajów. W jej głowie narodził się pomysł zdobycia ich podczas jednej, ponad rocznej wyprawy. Pomysł ten nazwała „Karawaną Marzeń”. Niestety plan nie powiódł się i jugosławiańska wyprawa na Kanczedzongę okazała się porażką.

W 1991 roku Wanda Rutkiewicz samotnie zdobyła Annapurnę – był to jej ostatni ośmiotysięcznik. Była w czołówce kobiecych prób zdobycia Korony. Przegoniła ją dopiero 14 Maja 2006 Gerlinde Kaltenbrunner, wchodząc na trzeci najwyższy szczyt świata – Kanczendzongę (8586 m n.p.m.).

Od lewej: Krzysztof Wielicki, Wanda Rutkiewicz, Jerzy Kukuczka.

Tablice pamiątkowe w Osterwie - Jerzy Kukuczka i Wanda Rutkiewicz.
No właśnie – Kanczendzonga, z tybetańskiego Pięć Skarbów pod Wielkim Śniegiem. W 1992 Wanda brała udział w meksykańskiej wyprawie. 12 maja 1992 roku, o godz. 3:30 nad ranem wraz z Carlosem Carsolio wyruszyli w kierunku szczytu. Wyczerpana i osłabiona powoli pięła się w górę. Carsolio wyprzedził ją i po 12 godzinach wyczerpującego podejścia stanął na szczycie. Wracając napotkał ją i próbował przekonać do zawrócenia. Odmówiła. Wtedy, 8200 m n.p.m. Carlos był ostatnią osobą, która widziała Wandę. Nasza dzielna Himalaistka nigdy nie zeszła do bazy. Wkrótce została uznana za zaginioną. Przeżyła 49 lat. Jej ciała nigdy nie znaleziono...
Kanczedzonga (8586 m n.p.m.) - miejsce wiecznego spoczynku Wandy...

W Osterwie na Słowacji znajduje się symboliczny cmentarz, upamiętniający ludzi gór. Można tam zobaczyć tablice pamiątkową, upamiętniającą jej tragiczną śmierć.




czwartek, 12 lutego 2015

Tysiące mil wędrówki.

Stany Zjednoczone to kraj, który przeważnie kojarzymy z wielomilionowymi metropoliami, wieżowcami i ciągnącymi się po horyzont sennymi przedmieściami. Jednak prawda jest taka, że USA to niezwykle dziki kraj, obfitujący w cuda przyrody. Państwo to, wielokrotnie większe od Polski posiada 59 parków narodowych i setki rezerwatów, obejmujących jedne z najpiękniejszych zakątków naszej planety. Jednym tchem można by wymienić perły natury USA, takie jak:
  • Wielki Kanion Kolorado,
  • Park Narodowy Yellowstone,
  • Apallachy,
  • Dolina Yosemite,
  • Dolina Monumentów,
  • etc.
Nic więc dziwnego, że w Stanach rozkwita społeczność ludzi wędrujących z plecakiem, tzw. hikerów. W 1968 roku podpisany został National Trails System Act mający na celu stworzenie systemu szlaków pieszych, pokonujących najpiękniejsze zakątki USA. Długość tych szlaków sprawia, że nawet najdłuższe PTTK-owskie szlaki w Polsce wydają się być niedzielnym spacerkiem. Przekonała się o tym Cheryl Strayed, młoda pisarka, która w 1995 roku samotnie pokonała 1100 mil (prawie 1800 km) wzdłuż Szlaku Grzbietu Pacyficznego (Pacific Crest Trail, PCT) od granicy z Meksykiem do tzw. Mostu Bogów na granicy stanów Oregon i Washington. Swoje przeżycia oraz życiowe zawirowania, które wpłynęły na decyzję o podróży (m.in. śmierć jej matki) opisała w swojej książce: Wild. From Lost to Found on Pacific Crest Trail. 
Cheryl Strayed podczas wędrówania PCT.
Jej książka stała się bestsellerem, a w 2014 roku ukazał się film (Dzika Droga) nakręcony na podstawie jej wspomnień. W jej rolę wcieliła się Reese Witherspoon:



Film widzieliśmy i polecamy. ;)

Tymczasem opowiemy Wam o 4 najdłuższych szlakach w sieci National Scenic Trails.

4. Apallachian Trail (2181 mi / 3490 km)

Szlak wiedzie grzbietami Apallachów - starego pasma górskiego ciągnącego się na przestrzeni prawie 4000 km wzdłuż wschodniego wybrzeża USA. Zaczyna się na szczycie Springer Mountain w stanie Georgia, a kończy na szczycie Mount Katahdin w stanie Maine. Jest jednym z najpopularniejszych szlaków w USA.
Przebieg szlaku.
Na szlaku.
3. Pacific Crest Trail (2650 mi / 4240 km)

Wspomniany wcześniej szlak przebiega przez kilka pasm górskich ciągnących się z południa na północ od Meksyku do Kanady, przez trzy stany: Kalifornię, Oregon i Washington. Jest też jednym z najtrudniejszych, do pokonania szlaków, ze względu na zmienne warunki pogodowe, śnieg zalegający przez większość roku w wyższych partiach gór oraz zmieniający się klimat: od pustyni, aż po dzikie lasy Oregonu. Należy również uważać na dzikie zwierzęta takie jak grzechotniki i pumy.
Przebieg szlaku.
Reese Witherspoon w roli Cheryl Strayed, która pokonała samotnie większą część PCT. Kadr z filmu Dzika Droga (2014).

2. Continental Divide Trail (3100 mi/ 4960 km)

Drugi najdłuższy szlak na liście wiedzie wielkim wododziałem oddzielającym zlewisko dwóch oceanów (Atlantyku i Pacyfiku). Podobnie jak PCT łączy północ z południe, pokonując dzikie ostępy Gór Skalistych.
Przebieg szlaku.

1. North Country Trail (4600 mi/ 7360 km)

Najdłuższy z autoryzowanych przez kongres szlaków biegnie przez teren 7 stanów,  w przeciwieństwie do pierwszych trzech biegnie na linii W-E zamiast N-S. Szlak Północny, jak sama nazwa wskazuje, obejmuję północne regiony USA. Rozpoczyna się w stanie New York w miejscowości Crown Point, kończy się zaś w Północnej Dakocie nad jeziorem Saskakawea. Jego oznakowanie jest wciąż niedokończone ;).

Oznakowanie.


A wy, chcielibyście przedreptać się którymś z nich? ;)

Dla porównania 4 najdłuższe szlaki górskie w Polsce:

4. Sudecki Szlak Graniczny, Szklarska Poręba - Karłów (362 km / 226 mi)
Szlak oznakowany kolorem niebieskim wije się wzdłuż granicy polsko-czeskiej, od Gór Izerskich, aż do Gór Stołowych.
3. Główny Szlak Sudecki, Prudnik - Świeradów Zdrój (440 km/ 275 mi)
Jeden z 5 czerwonych szlaków pokonujących najważniejsze pasma górskie Polski. Prastare masywy Sudetów zapraszają!
2. Szlak Niebieski, Rzeszów - Grybów (445 km / 278 mi)
Jeśli lubicie Bieszczady to szlak dla Was. Startuje na przedmieściach Rzeszowa i wiedzie na południe ku Połoninom, gdzie skręca na zachód wzdłuż granicy kończąc się w Beskidzie Niskim.

1. Główny Szlak Beskidzki (519 km / 324 mi)

Najsłynniejszy szlak w Polsce pokonuje ponad 500 km przez najdziksze fragmenty naszego państwa. Prawdziwa perła w koronie szlaków spina Bieszczady z Beskidem Śląskim. Jego przedwojenny przebieg obejmował także góry znajdujące się dziś na Ukrainie. Kończył się wówczas na szczycie Howerli (najwyższy szczyt Ukrainy, 2061 m n.p.m.) pokonując ponad 700 km (ok. 440 mi).


Mam nadzieje, że chociaż myśl o tym nieziemskim kilometrażu, spaliła choć trochę kalorii z pączków i faworków. :)

środa, 31 grudnia 2014

Spojrzeć wstecz..

Czasem nie potrzeba wiele, żeby złapać bakcyla do czegoś, co się stanie życiową pasją. Ot takie zamiłowanie jak u mnie do przygód, długich wędrówek z plecakiem, spania w namiotach, jaskiniach, na drzewach i w innych dziwnych miejscach zaczęło się od… opowieści mojego taty. On sam był wysoko postawionym harcerzem, mającym pod sobą ileś tam drużyn. Z tamtego okresu ma pełno wspomnień, a z tych wszystkich jego historii szłoby napisać naprawdę niezłą książkę. Od tego się zaczęło, a potem przyszły wyprawy survivalowe (to były wyprawy szkoleniowe, gdzie spało się pod namiotami, a jedzenie zdobywało się własnoręcznie… w najbliższej Biedronce – jednak w każdej chwili można się było spodziewać przepraw bagiennych, przymusu spędzenia nocy poza obozem w ulewnym deszczu itp.).  Wspomnienia z tamtych dni należą do najlepszych w moim życiu, a poznani tam ludzie, do najfajniejszych jakich znam. I najbardziej porąbanych. W ogóle macie też takie wrażenie, że ludzie, dla których najlepszą formą spędzania czasu (żeby nie powiedzieć całego życia) jest podróżowanie w każdy możliwy sposób (pieszo, autostopem, jachtem, czymkolwiek innym), są zdrowo rąbnięci? Każdy podobnie i jednocześnie na swój własny sposób? To tworzy z nas pewną brać, powiedziałbym nawet rodzinę. I w niesamowity wręcz sposób dodaje klimatu wszelkim wyprawom. Spotkają się tacy we wspólnym pokoju w górskim schronisku (jak lokum oferuje tylko i wyłącznie wygodne pokoiki jedno lub dwuosobowe, każdy z łazienką, to nie jest schronisko – co najwyżej hotel górski. Prawdziwe schronisko to takie gdzie śpi się w dwudziestoosobowym pokoju, często na ziemi, na karimacie we własnym śpiworku. Gdzie jest jeden kibel na wszystkich, a jedyny prąd, jaki można tam dostać, to ten z baterii ze swojej latarki), każdy ze swoim bagażem doświadczeń i przygód i już człowiek wie, że się dziś nie wyśpi. Ta noc minie na śpiewaniu starych, turystycznych piosenek lub na opowieściach o tym, co komu się przydarzyło na jego drodze. A potem rankiem każdy wstanie i walcząc z niedospaniem rozejść się każdy w swoim kierunku po to, aby znów wędrować przed siebie górskim traktem. I każdy jest szczęśliwy. Czegoś takiego nie zrozumieją zwykłe mieszczuchy. Wszyscy zaganiani, pogrążeni w swoich sprawach do tego stopnia, że zapominają o najprostszych rzeczach, takich jak otwarcie do kogoś gęby, chociażby do tego, kto stoi obok w autobusie. Bo i po co?
Wspinaczka

Na bagnach
Przemoczeni ludzie, wywrócone i zatopione kajaki - czyli spływ kajakowy też może być ekstremalny


Ognisko - najlepszy przyjaciel wędrówek

Czasem śpi się w szałasie...
.... a czasem w jaskini....
...albo pod chmurką
Chociaż oczywiście standardowo śpi się w namiotach. Po prawej na dole widać naszą zaawansowaną technologicznie
kuchnię obozową
Gdzie by się nie spało, sen musi być bezpieczny :)
Land Rover - terenowy sprzęt, który nie zawiedzie w każdych warunkach.... Chyba... No dobra, saperka do jego wykopywania też się przyda :)
Obozy przetrwania skończyły się dla mnie za tak nagle i niespodziewanie jak zaczęły. A to za sprawą drugiej życiowej pasji, która zawsze gdzieś tam we mnie siedziała, a teraz nagle eksplodowała – tak jak granat z opóźnionym zapłonem.  A tym czymś było żeglarstwo. Pamiętam jak jako mały brzdąc, któremu ledwie oczy wystają ponad stół,  pływałem gdzieś na jakimś kąpielisku nad jeziorem, między pomostami, udając, że jestem statkiem, który przewozi pasażerów.  A jeśli gdzieś na jeziorze akurat przepływała jakaś żaglówka, to zatrzymywałem się i z rozdziawioną paszczą podziwiałem ów jacht i marzyłem, że kiedyś sam stanę za sterem takiego i pożegluję poprzez wodną toń. I nagle wylądowałem na kursie, a potem nim się spostrzegłem, zdałem egzamin i odebrałem swój pierwszy patent. Niedługo potem pakowałem swoje graty na pierwszy rejs po pięknych mazurskich jeziorach…

s/y OLA - nasz jacht
W kabinie bywało ciasno - ale zawsze wesoło
Cała nasza flota z tamtego rejsu.
A jak się żeglowało...
I te imprezy w portowych tawernach.... (tutaj: tawerna Zęza w Sztynorcie)
W śluzach zawsze jest tłoczno (tutaj: śluza Guzianka - chyba najpopularniejsza śluza na Mazurach)
Czasem bywa burzowo i niebezpiecznie.
Ale prowadzenie jachtu to czysta frajda.
I te mazurskie zachody słońca...
Względy finansowe nie pozwoliły mi na połączenie rejsów i obozów przetrwania i z tych drugich musiałem niestety zrezygnować. Jednak los był dla mnie łaskawy. W szkolnej ławie poznałem niezwykłego człowieka – wiecznego marzyciela, niespełnionego podróżnika i co najważniejsze kompletnego idiotę. Dokładnie takiego jak ja. To uczyniło nas najlepszymi kumplami. I on nie pozwolił mi zapomnieć o moim plecaku i radochy z trzydziestokilometrowego marszu. Udowodnił mi też, że przejście kilkuset kilometrów z plecakiem nie jest niczym szczególnie trudnym, a w doborowym towarzystwie jest to genialna zabawa.
Czasem bywało trudno
A na ogół po prostu się szło
Ale zawsze znajdzie się czas na odpoczynek
Noc też trzeba jakoś spędzić
Każda wyprawa do przede wszystkim fantastyczni ludzie...
...wspaniałe widoki...
...i ciekawe miejsca
Były momenty, gdy trzeba było wędrować nocą
Czasem brakowało sił i część trasy trzeba było pokonać autobusem.... lub złapać stopa.
Ale wesoło było zawsze... Śpiewanie (czyt. darcie mordy) w autobusie? A czemu nie? I co z tego, że gapią się na nas jak na debili?
Ale cośmy widzieli, to nasze.
Bo najpiękniej jest zawsze na szczycie...
I tak sobie wędrowaliśmy przez świat, realizując coraz bardziej powalone projekty, aż w końcu pewnego dnia przyszedł mi pewien pomysł. „Słuchaj Osin”, powiedziałem „może założymy jakiegoś bloga czy stronę WWW o naszych wyprawach?”. Osin też uważał, że to jest dobry pomysł. Zatem po kilku dniach z nosem przyklejonym do monitora spędzonych nad zabawą z Bloggerem powstał nasz mały zakątek internetu: „NaRysuj swoje marzenia”. Potem ewoluował do obecnej, znanej Wam postaci.
Koniec roku to doskonały moment, aby spojrzeć na chwilę za siebie, powspominać stare przygody i oczywiście zrobić podsumowanie. Razem zorganizowaliśmy i wykonaliśmy kilka ciekawych projektów wędrowniczych: wędrowaliśmy spod zamku w Będzinie do zamku w Krakowie, zrobiliśmy naszą własną, maleńką, czteroosobową pielgrzymką do Częstochowy, pokonaliśmy prawie 50 km w ciągu jednego dnia w ramach „Marszu Dwóch Zamków” (Ogrodzieniec – Będzin), w końcu zdobyliśmy Rysy, zaczynając naszą wspinaczkę w Częstochowie. Oprócz tego szereg pomniejszych wypadów pieszych i żeglarskich. Czego się nauczyłem (nauczyliśmy) w czasie tych wypraw? Przede wszystkim, że podróż jest ważniejsza niż sama podróż. Nie zawsze się uda wejść na sam szczyt, czy dotrzeć do końca planowanej trasy. Czasem braknie sił, czasem nawali sprzęt, a czasem plany legną w gruzach przez czynniki niezależne od nas – np. nieciekawa pogoda mocno zwiększająca ryzyko. Jesteśmy jednak uparci. I przez to jesteśmy bogatsi w doświadczenie, lepiej znamy teren. Dzięki temu lepiej się przygotujemy, a potem oczywiście tutaj wrócimy.
Czego jeszcze się nauczyliśmy? Że jeśli przejdziesz z kimś kilkaset kilometrów, to poznasz go lepiej niż przez kilka lat znajomości. Tak samo, jak przyjdzie Ci spędzić z nim tydzień na ciasnym pokładzie jachtu. Że czasem trzeba zrobić krok do tyłu, żeby potem móc zrobić dwa do przodu. Tego się dowiedziałem, będąc na ściance wspinaczkowej, gdy zorientowałem się, że lewą ręką nie mam się czego chwycić (prawa w tym czasie spoczywała sobie na uchwycie). Gdybym miał lewą rękę na tym uchwycie, to prawą mógłbym wygodnie się chwycić następnego uchwytu i podciągnąć wyżej. Żeby naprawić błąd, musiałem opuścić się do klamy poniżej. A potem już jakoś poszło i koniec końców dotarłem do końca.
Ostatnia i chyba najważniejsza lekcja to, że zgubienie szlaku otwiera przed Tobą nowe drogi i miejsca, o których byś normalnie nie wiedział. Nie zawsze to tak działa, czasem można wpakować się w tarapaty, a czasem okryć coś ciekawego.

Tymczasem powoli zbliża się nowy, 2015 rok. A my mamy coraz to nowe pomysły. A tu powtórzyć SOG, a tu Drakuliada, a tu coś, a tam coś. Mnie też z głowy nie wychodzi projekt pewnego rejsu, ale tym będziemy się martwić już w przyszłości. Niewątpliwie będzie o czym pisać na blogu. ;)


~Czarek

niedziela, 16 listopada 2014

Czerwone Wierchy, listopadową porą.

Sezon na wyprawy w Tatry trwa od czerwca do końca września. Przynajmniej teoretycznie: świeci słońce i jest gorąco. Jednak lato oznacza również burze, niestabilną pogodę i tłumy turystów (oraz "turystów" w klapeczka i sandałach na Giewoncie i nie tylko).
Natomiast listopad kojarzy się wszystkim z jesienną słotą i zimnem. Mniej doświadczeni turyści widzą oczami wyobraźni przeróżne wizje listopadowych Tatr: śnieżyce, temperatury -40 stopni, niedźwiadki zmieniające kolor na biały oraz lawiny zapierniczające pod górę. Jest to oczywiście nieprawda. Owszem, śnieg spaść może już w październiku, ale równie dobrze może go nie być nawet na początku grudnia. Niedźwiedzie już dawną śpią, a temperatury utrzymują się w okolicach zera. 

***
Na początku października zapisałem się do studenckiego klubu wysokogórskiego - SAKWA (Sekcja Akademicka Klubu Wysokogórskiego AGH). Jak co roku, w połowie listopada odbyć się miała impreza integracyjna w schronisku w Dolinie Chochołowskiej. Przez dobry tydzień monitorowałem pogodę w górach. Przez Tatry przetoczył się halny, topiąc cały śnieg. Widok z kamerek zapowiadał świetne warunki.
Na imprezę ostatecznie nie dotarłem, gdyż musiałem wracać do domu, aby załatwić kilka spraw, ale spędziłem bardzo produktywny piątek, spacerując po Tatrach.

***

Data: 14-15.11.2014 r.
Trasa: Zakopane dw. PKS - Krupówki - Kuźnice - Polana Kalatówki - Schronisko na Kondratowej Hali - Kondracka Przełęcz (1725 m n.p.m.) - Giewont (1894 m n.p.m.) - Kondracka P. - Kondracka Kopa (2005 m n.p.m.) - Małołączniak (2096 m n.p.m.) - Krzesanica (2122 m n.p.m.) - Ciemniak (2096 m n.p.m.) - Chuda Przełączka (1850 m n.p.m.) - Tomanowa Dolina - Schronisko na hali Ornak - Dolina Kościeliska - Kiry

Długość: 20,5 km + 5,6 km (powrót z gór)
Czas przejścia: ok. 11 godzin

Na początek, kilka słów o moim ekwipunku:
Odzież:
  • buty trekkingowe,
  • skarpety narciarskie,
  • kalesony narciarskie,
  • koszula termoaktywna narciarska,
  • bluza,
  • kurtka "wiatrołapka",
Inne:
  • prowiant (pasztet, kabanosy, sucharki, batoniki, czekolada),
  • woda, napoje energetyczne,
  • czołówka Petzl Tikka,
  • Mapa Tatr wyd. ExpressMap, laminowana.
Tak przygotowany mogłem ruszać na szlak. Aby zdążyć przed zmrokiem, musiałem wyjść wcześnie rano. Po wyjściu z akademika udałem się do sklepu całodobowego, gdzie zakupiłem prowiant. Następnie udałem się na dworzec autobusowy w Krakowie, aby złapać pierwszego Polskiego Busa o 4:00 nad ranem. Po wątpliwej jakości drzemce i dwóch godzinach jazdy znalazłem się na dworcu autobusowym w Zakopanem. Było dużo zimniej niż w Krakowie. Przeszedłem na Krupówki, gdzie nie spotkałem żywej duszy. Pół godziny marszu później znalazłem się w Dolinie Bystrej, u wejścia do TPN-u.

Krupówki, tylko dla mnie :)

Wejście do parku.
Schronisko! A to oznacza kawę ;)
Polana Kalatówki.
Na horyzoncie główna grań.
Ścieżka przez las.
Na Hali Kondratowej.
 W końcu las skończył się, a ja znalazłem się na hali w Dolinie Kondratowej. W tutejszym schronisku zrobiłem sobie przerwę na kawę. Od tego miejsca szlak stawał się bardziej stromy i zakosami, wśród kosodrzewiny, wiódł na Przełęcz Kondratową, łączącą Giewont z główną granią. Podejście dało mi w kość. Po raz pierwszy wlazłem tak wysoko z pełnym obciążeniem.

Schronisko na Kondratowej Hali

Już widać szczyt ;)
Cisza i spokój. Intymne obcowanie z górami.
Wyłaniają się Tarty Wysokie.
Byle w górę.
Jeszcze chwilka...
Widok z przełęczy.
Jeszcze trochę podejścia na Giewont.
Zrównałem się z Babią Górą.

Na Kondratowej Przełęczy (1725 m n.p.m.) zrobiłem sobie postój na złapanie oddechu i podziwianie widoków. Każda kropla potu była warta wejścia tak wysoko. Pomimo że na szlaku pojawili się pierwsi turyści, wciąż panował spokój. Zero wiatru, trochę chmur. Po prostu piękna pogoda.

Szlak wspinał się dalej na szczyt Giewontu, po drodze mijając Wyżnią Kondracką Przełęcz, by w końcu doprowadzić mnie do łańcuchów. W rejonie kopuły szczytowej, szlak tworzy jednokierunkową pętlę, ubezpieczoną łańcuchami. Kierunek ruchu jest przeciwny do ruchu wskazówek zegara.

Widok na Giewont z Wyżnej Kondrackiej Przełęczy (1765 m n.p.m.)

Jak byk jest napisane, w którą stronę iść, a ludzie i tak się mylą ;)

Początek biżuterii.

Skałki.

Zakopane z Giewontu.

Krzyż.

Ja na szczycie Giewontu (1894 m n.p.m.) - najwyższego szczytu Tatr Zachodnich, znajdującego się w całości w Polsce.

 Wejście po łańcuchach nie sprawiło mi żadnego problemu. Po tegorocznym wypadzie na Rysy były dziecięcą igraszką. Oczywiście nie oznacza to, że jest tam zupełnie bezpiecznie. Należy zachować czujność! Skały są śliskie i gdyby nie stopnie wyryte w niektórych miejscach byłoby ciężko. Mimo że było grubo po sezonie, na Giewoncie nie byłem sam. Oprócz mnie na szczycie znalazło się około sześć osób, w tym dwóch panów, którzy zrobili mi zdjęcie. Jednak było to niczym w porównaniu z tym, co się dzieje latem... pozostawię tę kwestię bez komentarza ;).

Po krótkim pobycie na szczycie ruszyłem w dół. Przede mną kolejny punkt programu - Czerwone Wierchy. Aby dostać się na grań, musiałem zejść tą samą drogą do Kondrackiej przełęczy i żółtym szlakiem wspiąć się na Kondracką Kopę. Po raz kolejny, ciężki plecak okazał się przekleństwem. Technikę wspinaczki miałem następującą: upatrz sobie charakterystyczny kamień mniej więcej 20 m przed tobą, podejdź do niego, chwila na złapanie oddechu, powtórz. Pomimo problemów i szybko zużywającej się wody, udało mi się zdobyć mój pierwszy 2-tysięcznik z plecakiem.

Widok na Kondracką Kopę (2005 m n.p.m.) z Wyżniej Przełęczy Kondrackiej.

Giewont w całej swojej okazałości.


Widok na Tatry Wysokie.

Granica polsko-słowacka.

Kondracka Kopa zdobyta!

Od Kondrackiej Kopy zaczynają się Czerwone Wierchy. Muszę popracować nad kondycją. Kilka niecenzuralnych słów poleciało pod adresem czerwonego szlaku, który nie mógł się zdecydować czy idzie w górę, czy w dół ;). Jednak było warto. Szlak jest przepiękny.

Małołącka Przełęcz (1924 m n.p.m.) i Małołączniak (2096 m n.p.m.) a  na drugim planie Krzesanica (2122 m n.p.m.)

Małołącniak (2096 m n.p.m.)

Giewont ze stoków Małołączniaka.

Prawie szczyt!

Na szczycie Małołączniaka (2096 m n.p.m.)

Znowu w dół i w górę. Kozice na Litworowej Przełęczy (2037 m n.p.m.).

Kozice - symbol TPN.

Cicha Dolina Liptowska (Ticha dolina).

Cień Krzesanicy na Małołączniaku. Litworowa Przełęcz w pełnej krasie.

Kopczyki na szczycie Krzesanicy -  najwyższego szczytu Czerwonych Wierchów (2122 m n.p.m.).

Tatry Zachodnie. Pośrodku - charakterystyczny Kominiasrki Wierch (1829 m n.p.m.), najwybitniejszy szczyt Tatr Zachodnich. 

Szlak na Ciemniak.

Skaliste śąciany Mułowej Przełęczy. Krzesanica w pełnej krasie.

Ciemniak. Początek zielonego szlaku do Doliny Kościeliskiej.
 Zmęczony siadłem na kamieniu na szczycie Ciemniaka, podziwiając zachód słońca nad Tatrami Zachodnimi. Nie trwało to długo, gdyż musiałem jak najszybciej zejść do schroniska. Ruszyłem więc w dół, tak zwanym Twardym Grzbietem. Czerwone Wierchy zaliczone. ;)

Czas iść w dół.

Czerwone Wierchy i Giewont ze stoków Ciemniaka.

W dół Twardym Grzbietem.

Na Chudej Przełączce (1851 m n.p.m.)

Chuda Turnia (1858 m n.p.m.)
Na Chudej Przełączce, szlak zielony odbija w dół i prowadzi do Tomanowej Doliny i dalej do Schroniska na Hali Ornak. Tam też szedłem. Zbliżający się zmrok popędzał mnie.

Ścieżka trawersuje zbocze.

Dolina Tomanowa.

Zejście było długie i mozolne. Gdy w końcu dotarłem do Doliny Tomanowej było już ciemno. Z czołówką maszerowałem szybko ścieżką, ciemnym lasem, ciesząc się, że niedźwiedzie już śpią. Po ponad godzinnym marszu nierówną kamienistą drogą, dotarłem w końcu do dna Doliny Kościeliskiej. Tam, w schronisku  zjadłem porządny obiad i położyłem się spać.

***
Następnego dnia czekała mnie pobudka o 5:30 rano, gdyż chciałem zdążyć na autobus odjeżdżający z Kir o 7:15. Zebrałem się po cichu i wyszedłem ze schroniska w ciemność. Tym razem czołówka działała tylko przez pół godziny, gdyż bardzo szybko zrobiło się jasno, a ścieżka była prosta i szeroka.

Nieco spanikowałem, bo według rozpiski czasów przejścia na mapie wychodziło, iż spóźnię się o 10 minut na autobus. Na szczęście, czasy przejścia są podawane z pewnym zapasem czasowym i koniec końców dotarłem na przystanek 20 minut przed odjazdem autobusu.
Robota Halnego. Połamane drzewa zasypały Ścieżkę na Reglami między dolinami Kościeliską i Chochołowską, przez co szlak ten jest zamknięty do odwołania.

Wyżnia Kira Miętusa - polana, bacówki, a przede mną przełom skalny zwany Bramą Kantaka.

Rzut oka za siebie na Dolinę Kościeliską z Bramy Kantaka.

Kiry.
  Moja wycieczka skończyła się, wcześniej niż planowałem (Miałem zamiar łazić cały weekend), ale jestem bardzo zadowolony. Jesienną wycieczkę po Tatrach polecam każdemu, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku i przy dobrej ocenie swoich możliwości i dobrej pogodzie.

~Osin