niedziela, 9 lipca 2017

Beskid Mały, ale wariat cz. 1


"Beskid Mały to dziecko piękne, miłe, powabne i zajmujące, w dobra przyrodzone uposażone, uwagi, poznania i miłości godne, którego jedynym defektem, ściągającym nań niechęć niesłuszną, jest to, że jest niższe wzrostem od innej braci beskidzkiej."
K. Sosnowski 

Czyż można odmówić słuszności słowom wielkiego animatora polskiej turystyki? Najwyższy szczyt całego Beskidu Małego to Czupel (933 m n.p.m.), choć wyższy od Lubomira, najwyższego szczytu Beskidu Średniego, i tak nie powala wysokością. Obszarowo też nie znajduje się w czołówce - na upartego da się go przejść w ciągu jednego dnia. A jednak jest w nim coś, co przyciąga rzesze "wtajemniczonych" turystów. Zgodnie z twierdzeniem "cicha woda brzegi rwie", potrafi zaskoczyć. Pod swym niepozornym płaszczykiem ukrywa strome podejścia, rozległe widokowe polany oraz bogactwo tajemnic, legend i zakątków. Jako że do tej pory stanowił on dla mnie ziemię niepoznaną i tajemniczą, postanowiłem zorganizować coroczny późnojesienny wypad właśnie tam.


W Piątek, 9 grudnia, w akademiku Alfa, słynącym już z naszych przedwyprawowych imprez, pojawiła się stara wiara wypadów CWD plus nowe twarze: Ja, Karol, Dawid, Konrad, Paweł oraz Julia, Magik oraz kolega Karola - Filip. Impreza udała się nad wyraz dobrze - po pewnych trudnościach w kwestiach formalnych, wszyscy uczestnicy wraz z resztą akademickiej braci rozpoczęli biesiadę.
Paweł, Julia, ja i Konrad.

Pół Pawła, Julia, Konrad, Magik, Karol no i ja.
W rzeczy samej melanż był na tyle udany, że nasza pierwotna godzina wyjazdu przesunęła się o godzinę, a jeden z uczestników zaniemógł i odmówił wymarszu w góry - nie martwcie się jednak, dotarł wieczorem do schroniska na własną rękę. ;)
W oczekiwaniu na busa.
Blisko dwugodzinna podróż busem była świetną okazją do odespania nocnego borsuczenia. W okolicach godziny 9:00 dotarliśmy do Wadowic. My jednak nie zaszczyciliśmy ojczyzny kremówek zbyt dużą uwagą i skierowaliśmy swoje kroki na szlak niebieski im. C. Panczakiewicza. Czesław Panczakiewicz (1901-1958) urodził się w Wadowicach i z miastem tym był związany do końca swojego krótkiego życia. Jako nauczyciel WF-u (uczył m.in. Karola Wojtyłę) był wielkim propagatorem turystyki górskiej i narciarskiej. Od 1927 roku był działaczem wadowickiego oddziału PTT i wspólnie z Władysławem Midowiczem doprowadził do wybudowania schroniska na Leskowcu. Przyczynił się do usamodzielnienia koła wadowickiego (które do 1947 roku było sekcją oddziału żywieckiego), a w czasie wojny prowadził tajne nauczanie. W 1973 roku wyznakowano szlak łączący Wadowice z Leskowcem, który dziś nosi jego imię. Panczakiewicz jest również patronem schroniska na Leskowcu (od 2002) oraz stadionu miejskiego w Wadowicach.

Szlak niebieski poprowadził nas asfaltową drogą w stronę niskiego pasma Bliźniaków. Opuściliśmy Wadowice i ruszyliśmy w góry, po lewej stronie zostawiając Gorzeń Dolny i Górny. Nie sposób nie wspomnieć tutaj o postaci, nierozerwalnie związanej z gorzeńską dziedziną - Emilu Zegadłowiczu. Urodził się on w 1888 roku w Białej Krakowskiej (dziś Bielsko-Biała), dzieciństwo spędził w dworku letnim swojego ojca w Gorzeniu Górnym. W latach 1921-1929 wraz z Edwardem Kozikowskim prowadzili grupę poetycką "Czartak". Tłumaczył dzieła niemieckojęzyczne (m.in. Fausta). Mieszkał również w Poznaniu, gdzie objął kilka intratnych stanowisk, m.in. dyrektora rozgłośni Polskiego Radia oraz redaktora naczelnego katolickiego czasopisma "Tęczą".

Zegadłowicz to postać kontrowersyjna. Nie krył on swoich lewicowych poglądów i sympatii do ruchów ludowych czego dał wyraz w swoim dziele zatytułowanym "Motory". Jego antyklerykalny "List Pasterski" zakończył jego poznańską karierę w mediach katolickich i zmusił do powrotu do Wadowic, gdzie został przyjętym jak król - otrzymał honorowe obywatelstwo miasta, a jego imieniem nazwano jedną z ulic. Nie trwało to jednak wiecznie. W 1935 roku ukazała się kolejna część jego autobiograficznej powieści "Żywot Mikołaja Srebrempisanego" pt. "Zmory". W powieści tej wyrażał on ostrą krytykę prowincjonalnego zacofania i kołtuństwa. Wszyscy wiedzieli jakie miasto odzwierciedlają ukazane w powieści Wołkowice i wszystkie honory nadane Zegadłowiczowi pośpiesznie cofnięto. W "Zmorach" nie brakowało również odważnych obyczajowo, erotycznych fragmentów. Z dziełem szybko rozprawili się cenzorzy. Na następne wydanie czekać trzeba było blisko 50 lat.
Emil Zegadłowicz (1888-1941)

Jego fascynacja rzeźbiarstwem ludowym doprowadziła do odkrycia miejscowego talentu. Jędrzej Wowro biedny snycerz rzeźbił w drewnie przy użyciu szewskiego noża owiniętego szmatą.  Skupiał się głównie na rzeźbach sakralnych, ale rzeźbił również naturę. Punktem zwrotnym w jego karierze był rok 1923, gdy jego żona przyniosła kilka rzeźb do dworku Zegadłowicza z nadzieją ich sprzedania. Wtedy to zyskał sobie w osobie Zegadłowicza wiernego mecenasa. Jego rzeźby ukazywały się w galeriach na całym świecie, m.in. w USA. Wowro zmarł po ciężkiej chorobie w 1937 w Gorzeniu Dolnym. Jest pochowany na cmentarzu w Wadowicach.

Zegadłowicz  natomiast zmarł w Sosnowcu w 1941 roku, gdzie też jest pochowany.

"Chrystus frasobliwy" - rzeźba Jędrzeja Wowro ofiarowana w 1935 roku prezydentowi RP Ignacemu Mościckiemu.

Pejzaż Ziemi Wadowickiej.
 Pierwszy kontakt z górami czekał nas na południe od Gorzenia - długie, niskie pasmo Bliźniaków rozciąga się tu od doliny Skawy na wschodzie do doliny Wieprzówki na zachodzie. Przełom Choczenki dzieli pasmo na dwie nierówne części. Przecięliśmy pasmo na przeł. Panczakiewicza (495 m n.p.m.) - znajduje się tu skrzyżowanie z żółtym szlakiem, kilka ławeczek i kapliczka. Zrobiliśmy tu krótką przerwę, po czym ruszyliśmy w dół do Ponikwi.
Na szlaku w paśmie Bliźniaków.
Nad przełęczą Panczakiewicza.

Czas na relaks ;).

Szlak do Ponikwi.

Malowniczo poskręcane korzenie na zboczach Bliźniaków.

Ponikiew.
Ponikiew jest malowniczą wsią, praktycznie z każdej strony otoczoną przez góry. W miejscowym sklepie robimy szybkie zakupy i ruszamy w dalszą drogę. Przed nami Leskowiec.
Tama na Ponikiewce.

Relaks na tamie.
Po około półtorej godziny szlak osiąga grzbiet Gancarza. Na przeł. Pod Gancarzem (735 m n.p.m.) spotykamy zielony szlak z Inwałdu oraz maszerującego nim Dawida.

Początek podejścia.

Pierwsze śniegi.

)( Pod Gancarzem (735 m n.p.m.)

Na szlaku.
 Chwilę później spotykamy Szlak Białych Serc - specjalną ścieżkę prowadzącą do znajdującego się na Szczycie Gronia JPII sanktuarium. Jest przeznaczony dla osób starszych i słabych, więc jest najłagodniejszą opcją dojścia na szczyt. Początek bierze w Rzykach.
Szlak Białych Serc.

Ostatnie podejście.

Na Polanie Beskid.
Wkrótce osiągnęliśmy szczyt Gronia Jana Pawła II (890 m n.p.m.). Dawniej ta góra nosiła nazwę Jaworzyna, jednak ze względu na związek z Karolem Wojtyłą, który często tu wędrował i jeździł na nartach, starano się o zmianę nazwy. Dokonano tego w 1981 roku. Co ciekawe złamano wówczas tradycję, mówiącą o nienazywaniu gór na cześć żyjących osób.

W 1991 roku, w 10. rocznicę zamachu na papieża, miejscowy biskup Jan Szkodoń poświęcił tutaj murowaną kapliczkę i krzyż poświęcony ludziom gór. Cztery lata później, jako dar na 75. urodziny Jana Pawła II, stanęła kaplica z inicjatywy państwa Danuty i Stefana Jakubowskich z Andrychowa. Dziś miejsce to nazywane jest sanktuarium. W środku znajduje się krzesło na którym siedział JPII podczas wizyty w Skoczowie. Widnieje też inskrypcja: "Jest nas troje: ja, Bóg i góry.".

Obok stoi odsłonięty w 2001 roku pomnik papieża.
Szczyt Gronia JPII koło sanktuarium. Od lewej, tylny rząd: Filip, Karol, Dawid, Paweł, przedni rząd: Julka, Osin, Konrad. Z tyłu Jan Paweł II. ;)

Szlak Białych Serc pod schroniskiem.
Poniżej kaplicy znajduje się schronisko PTTK "Leskowiec" im. Czesława Panzakiewicza. Wiosną 1932 była tutaj pusta polana należąca do jednego z gospodarzy z pobliskiego Targoszowa. Parcela została wykupiona przez wadowicki oddział PTT i ochoczo zabrano się za stawianie schroniska. Budową zajmował się miejscowy cieśla Jan Bargiel a nadzorował ją sam C. Panczakiewicz. Roboty przebiegały bardzo sprawnie i pierwszy, skromny budynek stanął po zaledwie trzech miesiącach.

Szybko okazało się, że schronisko cieszy się wielką popularnością i konieczna była rozbudowa, której dokonano w 1934. Pod niemiecką okupacją schroniskiem zarządzała niemiecka organizacja Beskidenverein.  W 1945 drewniany budynk cudem uniknął spalenia przez wycofujące się oddziały niemieckie - gospodarze tak hojnie częstowali Niemców bimbrem, że ci zapomnieli o podpaleniu.

Dziś schronisko posiada 32 miejsca noclegowe i jest jednym z najbardziej popularnych miejsc w Beskidzie Małym. Polecam zatrzymać się w jadalni i zjeść tutejszy żurek - niebo w gębie. ;)

Choć w nazwie schroniska widnieje Leskowiec, to schronisko znajduje się na południowych stokach Gronia JPII. Dlaczego tak? Rzeczona góra kilkukrotnie zmieniała nazwę. Początkowo właśnie tu mieścił się Leskowiec, lecz austriaccy kartografowie błędnie oznaczyli go szczyt obok (dawny Beskid). I tak Leskowiec stał się Jaworzynką, by później przyjąć imię papieża polaka. Pamiątką po tych kartograficznych zawirowaniach jest właśnie nazwa schroniska.
Czas na obiadokolację.

Najlepszy żurek!

Tablice pamiątkowe na schronisku.
Po pożywnej obiadokolacji ruszyliśmy w stronę szczytu Leskowca (tego dzisiejszego) pokonując przy tym oddzielającą oba szczyty przeł. W. Midowicza.
Podejście na Leskowiec.

Widok na Babią Górę.
 Ze szczytu Leskowca (922 m n.p.m.) rozciąga się szeroki widok na południe w stronę Beskidu Żywieckiego. Jak na dłoni prezentuje się Babia Góra. Staliśmy chwilę obserwując zachód słońca i podziwiając widoki. W końcu, wyrwani z transu, ruszyliśmy dalej w stronę naszego noclegu - Chatki Studenckiej pod Potrójną...
CDN...

niedziela, 11 września 2016

Pieniński klasyk



Pieniny od lat budzą wyobraźnię. Zbudowane z wapieni i innych miękkich skał osadowych, przez eony kształtowane były przez wiatr i wodę - dziś cieszą oczy fantastycznymi kształtami. Są też miejscem, gdzie Pieniński Pas Skałkowy, długi na ponad 500 km twór geologiczny, nieśmiało wynurza się z głębin ziemi, ukazując nam zwykle niewidoczną granicę między Karpatami Zewnętrznymi a Centralnymi. Na początku września wybraliśmy się w ten niezwykły zakątek kraju...

W czwartkowy poranek ok. godziny 10:00 ekipa w składzie Osin, Krzysiu, Emesz i nasz kierowca Radek wysypała się na piaszczysty parking w Krościenku nad Dunajcem. Ta malownicza miejscowość wyrosła w miejscu, gdzie Krośnica wpada do Dunajca - leży tym samym w trzech różnych pasmach górskich (Pieniny, Gorce oraz Beskid Sądecki). 
Widok na Pieniny z parkingu przy drodze na Tylmanową i Nowy Sącz.
 Historia Krościenka sięga XIII w., gdzie miejscowość jest wspomniana przez Jana Długosza. To tędy św. Kinga uciekała w góry przed najazdem tatarskim. Za panowania Kazimierza Wielkiego Krościenko zostało ponownie lokowane na prawie niemieckim i otrzymało szereg przywilejów, m.in. zwolnienie miejscowych kupców z konieczności płacenia cła w okolicznych przejściach granicznych.

To tutaj znajduje się siedziba Pienińskiego Parku Narodowego, a także źródła tzw. szczaw (wód nasyconych dwutlenkiem węgla) "Stefan", "Michalina" oraz "Maria". Tutaj również swoje centrum ma ruch oazowy "Światło-Życie" założony przez księdza F. Blachnickiego. 

W latach 1973-1982 wraz z sąsiednią Szczawnicą tworzyło jeden organizm miejski.

Po szybkim przepakowaniu i zmianie obuwia ruszyliśmy w stronę rynku. Tam podziwiać można zabudowę z pierwszej połowy  XIX w. jak również nowszą, uzdrowiskową architekturę z drugiej połowy tegoż stulecia. 

W znajdującej się na rynku studni uzupełniliśmy zapas wody i udaliśmy się do obowiązkowego punktu zwiedzania Krościenka - mianowicie miejscowej... lodziarni. Naturalnych lodów "U Marysi"  po prostu trzeba spróbować, będąc w Krościenku. :)
Ujście Krośnicy do Dunajca. Po lewej Gorce, po prawej Pieniny, a na wprost Beskid Sądecki.
Krośnieńskie lody - najlepsze w regionie. :)
Postój przy studni.
 Rzuciliśmy jeszcze okiem na kościół pw. Wszystkich Świętych . Murowana świątynia stoi tu od ponad 600 lat, choć początkowo znajdowała się bliżej rzeki. Nieokiełznany żywioł robił wszystko co mógł, aby zburzyć świątynię. W połowie XVII w. mury prezbiterium runęły do wody i kościół trzeba było przesunąć. W 1841 dodano kamienną opaskę wzmacniającą brzeg.

Rzucające się w oczy osiem poziomych czerwonych pasów na wieży pochodzi z XVII w. 
i symbolizuje osiem ewangelicznych błogosławieństw. Natomiast dwa pionowe symbolizują przykazania miłości Boga i bliźniego.
Kościół pw. Wszystkich Świętych w Krościenku.
Zabudowa przy rynku.
Początek szlaku.
Po zjedzeniu lodów i szybkich zakupach ruszyliśmy na żółty szlak. Znaki żółte prowadzą starą ścieżką, którą od dawna mieszkańcy chadzali do położonych po drugiej stronie gór Sromowców Niżnych. Ścieżka leniwie wznosi się w stronę granicy parku narodowego. Po drodze mijamy kilka polanek, z których roztacza się widok na okolice Krościenka.
Widok na Krościenko. Na ostatnim planie wyróżnia się zalesiony stożek Błyszcza, górującego nad tzw. zielonym przełomem Dunajca.
Widok na wschód w stronę dol. Grajcarka i Szczawnicy. 
Wkrótce dotarliśmy do granicy parku. Park w swoim współczesnym kształcie powstał w 1955, choć historia sięga aż 1921 roku, kiedy to w okolicach czorsztyńskiego zamku powstaje rezerwat z inicjatywy prof. Władysława Szafera. Po burzliwych negocjacjach z właścicielami tutejszych gruntów i porozumieniu z rządem Czechosłowacji, zostaje założony w 1932 roku jako pierwszy park narodowy w Polsce!

PPN chroni obszar Pienin Właściwych rozciągniętych między Czorsztynem, a przełomem Dunajca. Wyjątkowe wapienne podłoże oraz sprzyjający mikroklimat sprawia, że okolica jest domem dla endemitów świata flory takich jak np. mszonak pieniński oraz mniszek pieniński. Rosną tu też liczne rośliny naskalne, a każdej wiosny łąki zakwitają tysiącem kolorów. Wśród świata pienińskich zwierząt wyróżnić można ponad 7000 gatunków. Co roku naukowcy odkrywają tu nowe gatunki bezkręgowców, z których najsłynniejszym jest bez wątpienia endemit Niepylak Apollo (Parnassius Apollo). Ten objęty ochroną ścisłą motyl ma rozpiętość skrzydeł dochodzącą do 8 cm, czyni go tym samym jednym z największych motyli dziennych w Polsce. Nie jest zbyt płochliwy, lata powoli i chętnie przysiada na kwiatach ostu.
Niepylak Apollo (Źródło: wikipedia)
Na granicy parku.
Heavy Metal \m/ :D

Szlak wspina się łagodnie lasem, chroniącym nas przed słońcem.
Emesz i grzyby.
Wkrótce szlak żółty krzyżuje się ze szlakiem niebieskim. To jeden z kilku szlaków długodystansowych. Ma ponad 180 km i wiedzie z Tarnowa na szczyt Wielkiego Rogacza w Beskidzie Sądeckim. Po drodze przechodzi przez pogórza Ciężkowickie i Rożnowskie oraz Beskid Wyspowy, Gorce i Pieniny. Kilkaset metrów za połączeniem szlaków docieramy do Pienińskiego Potoku. Tu uzupełniamy zapas wody i podziwiamy podmokłe młaki, gdzie wiosną kwitnie między innymi knieć błotna (znana również jako kaczeńce).
Pieniński Potok. Dzięki drewnianej rynience można łatwo uzupełnić wodę.
W tym miejscu zmarł w 1963 zasłużony gajowy Wojciech Regiec. Jego śmierć upamiętnia pamiątkowy kamień.
In memoriam Wojtek Regiec.
Oba szlaki, żółty i niebieski, rozdzielają się na polanie Limierzyska. My wędrujemy dalej za znakami niebieskimi w stronę Góry Zamkowej. Szlak wiedzie lasem, stromymi stokami doliny Hulińskiego Potoku. Wkrótce docieramy do zamkowej góry, gdzie jak można się domyślić, znajdują się ruiny zamku. 
Na polanie Limierzyska.
Widok na gorczański Lubań (1211 m n.p.m.) z charakterystyczną wieżą widokową.
Polana pokryta pajęczyną.
Grzybki.
Schodki na szlaku.
Jar Hulińskiego Potoku.
Huliński potok.
85 stopni prowadzi do ruin zamku pienińskiego.
Kapliczka św. Kingi z 1904 roku.
Zamkowe ruiny.
Platforma widokowa i resztki zamkowych murów.
Widok przez dolinę Pienińskiego Potoku na pasmo Czerteżyków i szczyt Sutrówkę (749 m n.p.m.).
Zamek Pieniński powstał dzięki Bolesławowi Wstydliwemu, dla jego żony Kingi, córki węgierskiego króla Beli IV. Bolek był w istocie bardzo wstydliwy - po wielu latach "białego" małżeństwa, małżonek wykitował, nie konsumując małżeństwa. Kinga postanowiła zachować czystość i po śmierci męża wstąpiła do zakonu. Sam zamek jest przykładem budownictwa refugialnego - to mądre słowo oznacza ni mniej, ni więcej schron. Podczas najazdu tatarskiego nasza cnotliwa Kunegunda zwiała właśnie tutaj. Dzisiaj po pięknej warowni zostały resztki murów i kamienna cysterna, której nie można odmówić starannego wykonania. Zamek jest jednym z najwyżej położonych w Polsce.

Naszą wycieczkę kontynuowaliśmy wzdłuż niebieskiego szlaku. Po szybkim strawersowaniu Ostrego Wierchu (851 m n.p.m.), dotarliśmy do polany Kosarzyska, gdzie zjedliśmy drugie śniadanie. Tu zaczyna się szlak zielony, który omija zatłoczoną Okrąglice i schodzi do schroniska Trzy Korony przez przełęcz Wyżni Łazek. Polecam ten skrót każdemu, kto ceni sobie samotność na szlaku. Oczywiście ludzi nie unikniemy, ale jest ich znaczniej mniej niż na szlaku żółtym. 

Minęła nas też grupa gimnazjalistów prowadzona przez przewodnika... tatrzańskiego! Było to dla mnie pewnym zdziwieniem, ale już po powrocie sprawdziłem odpowiednią ustawę - obszar Podhala wraz z Pieninami i Spiszem jest częścią wspólną terenu uprawnień przewodników tatrzańskich i beskidzkich.

Pół godziny drogi dalej dochodzimy do crème de la crème wycieczki - Okrąglica jest najwyższym szczytem Pienin Właściwych i zwieńczeniem masywu Trzech Koron. Choć wznosi się na skromną wysokość 982 m n.p.m., jej skalne zbocza prezentują się nad wyraz majestatycznie. Na samym szczycie jej skalnej baszty znajduje się stalowa platforma widokowa, z której roztacza się pełna panorama na okoliczne góry. Wejście na nią jest płatne (5 zł, ulgowy 2,50 zł), jednak warto wydać te zaskórniaki, zwłaszcza że bilet jest ważny w tym samym dniu również na Sokolicę. Na szczycie przystąpiłem do opisywania panoramy, jednak sprawę utrudniała chmara latających mrówek, które siadały na nas, wplątywały się we włosy i mówiąc krótkimi, żołnierskim słowami wk*rwiały niemiłosiernie. Na szczęście panorama została uwieczniona na zdjęciach. ;)    
Zachód. (Kliknij, aby powiększyć)
Północ. Widać nawet pasmo Łososińskie z Babią Górą (728 m n.p.m.) ;).  Na pierwszym planie mrówy. (Kliknij, aby powiększyć).
Wschód. (Kliknij, aby powiększyć)
Sromowce Niżne i Czerwony Klasztor w dole.
Oczywiście powyższe panoramy mogą zawierać błędy. Jeśli znajdziecie jakieś, dajcie znać. ;) Zeszliśmy szybko ze szczytu i po szybkiej przerwie na wyciągnięcie mrówek z włosów, ruszyliśmy w dół do przełęczy Szopka, gdzie ponownie spotkaliśmy się z żółtym szlakiem. Alternatywna nazwa przełęczy brzmi Chwała Bogu i pochodzi od słów turysty wspinającego się stromym podejściem od strony Sromowiec. 
Pod szczytem.
Nasza ekipa na Polanie Pieniny. W tle stożek Nowej Góry. Od lewej (Krzysiu, Osin, Radek i w przykucu Emesz).
Oset.
Widok na Tatry z przełęczy Szopka.
Szlak żółty schodzi przez malowniczy Wąwóz Szopczański. Po godzinie docieramy do schroniska Trzy Korony.
Uzupełniamy wodę.
Zmęczenie powoli daje się we znaki.
Wąwóz Szopczański.
Zdobywca wśród skał. ;)
Do przodu i w dół!
Wapienne ściany wąwozu.
Masyw Trzech Koron w pełnej krasie. Od lewej: Spady, Nad Ogródki, spiczasta Okrąglica, Płaska Skała i Pańska Skała.
Schronisko Trzy korony.
Budynek schroniska w ciągu ponad 70 lat historii pełnił różnorakie funkcje. Dom wczasowy, niemiecka placówka graniczna, dom wypoczynku żołnierzy WOP i w końcu od 1973 roku schronisko PTTK. Znajduje się tu też wypożyczalnia rowerów. Skorzystaliśmy z jej usług i po chwili pędziliśmy już na rowerach w stronę Szczawnicy. Nie obeszło się bez opóźnień, trzeba było wyregulować siodełka, a Mateusz wywalił się na niewyregulowanym rowerze i zdarł sobie kolano. 

Skoro już w Sromowcach jesteśmy, warto wspomnieć o spływie przełomem Dunajca. W linii prostej ze Sromowców Niżnych do Szczawnicy jest ok. 3 km, jednak rzeka wije się malowniczym przełomem przez ponad 10 km. Spływ liczy sobie już ponad 200 lat. Początkowo miał formę kameralnych imprez dla gości okolicznych dworów, jednak wraz z rozwojem Szczawnicy szybko stał się ogólnodostępną atrakcją. Spływało się we flotyllach. W pierwszej łodzi, udekorowanej m.in. wizerunkiem św. Kingi spływał sam Józef Szalay, ojciec Szczawnickiego uzdrowiska. Pozostałe łodzie były wyposażone w niewielkie armaty, które wystrzeliwały salwy w miejscach gdzie najlepiej odpowiadało echo. Śpiewano pieśni patriotyczne i ogólnie fetowano i bawiono się jak nigdy. Od 1934 roku stowarzyszenie flisaków reguluje spływ. 

Aby zostać flisakiem trzeba być mieszkańcem okolicznych gmin i przejść długie i trudne szkolenie. Dzisiaj o spływie słyszał chyba każdy, jednak my zrezygnowaliśmy z tej przyjemności (jest ona bardzo droga) i wybraliśmy alternatywę w postaci Drogi Pienińskiej. Utworzony przez Krakowską Akademię Umiejętności trakt, łączy Szczawnicę z Czerwonym Klasztorem - bitą drogę budowano wiele lat, często używając dynamitu. Dziś ten malowniczy szlak wiedzie brzegiem Dunajca przez cały jego przełom, w większości na terenie Słowacji. Najlepiej pokonać go rowerem. 

Nim rozpoczęliśmy nasz przejazd, odwiedziliśmy dziedziniec Czerwonego Klasztoru. Ufundował go  w 1319 roku węgierski magnat Kokosz Berzewiczy w ramach pokuty za zabicie niejakiego Chyderka Győrgya. Miał on ufundować 6 klasztorów i zamówić w nich 4000 mszy! Z klasztorem wiąże się legenda o bracie Cyprianie, który ponad wszystko lubił majsterkować i tworzyć fantazyjne wynalazki. Pewnego dnia zbudował maszynę latającą i wybrał się nią na wycieczkę, aż nad Morskie Oko w Tatrach. Bóg zezłościł się na Cypriana, gdyż ten postanowił oderwać się od ziemi i doznać przyjemności zarezerwowanej dla ptaków i w ramach zemsty zamienił go w skałę. Od tej pory Cyprian stoi nad Morskim Okiem jako góra Mnich. ;)

Na granicznym moście.
Początek przełomu.
Na dziedzińcu Czerwonego Klasztoru.
Przejazd Pienińską Drogą odbył się bez większych przygód. No może poza faktem, że stałem się ofiarą złej infrastruktury drogowej. Droga ze słowackiej Leśnicy jest miejscem, gdzie często kursują samochody - od strony Szczawnicy znajduje się znak każący zejść z roweru. Od drugiej strony tego znaku nie ma i jak gdyby nigdy nic wjechałem na drogę prawie wpadając pod ciężarówkę!  Zahamowałem i przeleciałem przez kierownicę nabijając sobie bolesnego siniaka na prawym udzie. Na szczęście skończyło się na strachu.

Przekroczyliśmy granicę i zdaliśmy rowery w schronisku Orlica.
Pić stop.
Poza kilkoma podjazdami, droga jest w miarę płaska - w sam raz dla takich rowerowych nowicjuszy jak ja. ;)
Słupek graniczny. 
Spływ na Dunajcu.
Przejście graniczne Szczawnica-Lesnica.
Przy wejściu do parku.
Widok ze schroniska Orlica.
W Szczawnicy zjedliśmy obiad i ruszyliśmy zdobyć ostatni punkt naszej wyprawy - Sokolicę. W tym celu należało udać się na prom. Za 3 zł flisak przewozi turystów podróżujących niebieskim szlakiem. Warto przed udaniem się w te rejony sprawdzić godziny kursowania, bo można znaleźć się nad brzegiem Dunajca bez możliwości przeprawy. Za promem szlak wspina się na Sokolicę.
W restauracji Pieniny, wśród  napojów gorących mamy szarlotkę. Piliście kiedyś? I nie chodzi mi o drinka. ;)
Samica kaczki krzyżówki.
Na promie. Widać turystów czekających po drugiej stronie rzeki.
Tą łajbą przeprawiliśmy się przez Dunajec.
Flisak musi przepchać tratwę w górę rzeki, aby nurt zniósł go do przystani. 
 Rozpoczęliśmy mozolne podejście na Sokolice (747 m n.p.m.). Wśród promieni zachodzącego słońca dotarliśmy na szczyt. Tam znajduje się pozostałość po lasach z czasów epoki lodowcowej. Reliktowa sosna jest chyba najlepiej rozpoznawalnym drzewem w całym kraju. Nie jest jednak jedyna. Na tutejszych stokach rośnie ich całkiem sporo. Niektóre okazy liczą sobie ponad 500 lat!
Widok z Sokolicy na wschód. Po prawej widać Holicę górującą nad Lesnicą. Po lewej na ostatnim planie widać Wysoką (1050 m n.p.m.) najwyższy szczyt Pienin.
Sosna reliktowa na tle Trzech Koron i zachodu słońca. 
Sosna od drugiej strony.
Rzut oka na przełom.
Ja na Sokolicy. Zmęczony, ale szczęśliwy.
Radziowi też humor dopisuje.
Tatry!
Wkrótce zeszliśmy na przełęcz Sosnów. Tu warto wspomnieć o tym, że przez całą drogę Radek i Mateusz grali w gry spod szyldu firmy Niantic. Radek młócił w Ingressa, natomiast Emesz zajmował się... łapaniem Pokemonów. Szczęśliwy przejął gyma na przełęczy. Jakby kogoś interesowało, to w okolicach Sokolicy kręcą się dzikie Vaporeony. :D

Z przełęczy Sosnów do Krościenka wiedzie szlak zielony. Późnym wieczorem docieramy do samochodu i jedziemy do domu. Kolejny wypad się udał. :)
Mroczne łowieczki. :)
Dunajec wieczorową porą.
Wchodzimy do Krościenka.
Most na Dunajcu.

24,6 km (w tym 11,2 km na rowerze) i 1307 m przewyższeń.

~Osin. Fotografie Osin & Krzysiu (i jego dwie niezawodne Nokie Lumie)