Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Babia Góra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Babia Góra. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 stycznia 2016

Zakończenie jesieni: Pasmo Jałowieckie cz. 1

W weekend 12-13 grudnia 2015 skierowaliśmy nasze kroki w Pasmo Jałowieckie. Góry pod wieloma względami zapomniane i rzadko uczęszczane. Rozciągają się one na zachód od dol. Skawicy, co być może jest ich przekleństwem - rozciągnięta u ich stóp Zawoja jest perfekcyjną bazą wypadową na wycieczki w góry. Niestety położone na zachód Pasmo Policy jest dużo wyższe i w oczach wielu bardziej atrakcyjne. O Babiej Górze już nie wspominając...

Na Babiej byłem już trzykrotnie, z czego raz dzień przed wyjazdem na Jałowiec. Postanowiłem więc oddać honory tym zapomnianym, lecz mniej urodziwym pagórom Beskidu Żywieckiego (choć geologicznie bliżej do Makowskiego, vide Kondracki).

Tymczasem oddaję głos naszemu gościnnemu autorowi: Karolowi. ;)

~Osin

***
Weekendowy wypad zaczął się wyjazdem o 7:20 w nocy z Krakowa. Pięcioosobowa ekipa wsiadła do busa skierowanego na południowy zachód, dokładniej - do Zawoi. Autor relacji nie zapamiętał dokładnie dwugodzinnej podróży z racji odsypiania poprzedniej nocy.
Po lądowaniu po godzinie 9:00 skierowaliśmy się, oczywiście pod przewodnictwem Osina, w stronę Burdeli.
;)
Wartkie wody Skawicy.
Czas na relaks.
Dol. Skawicy.
Po półgodzinie spaceru, głównie pod górę, minęliśmy ostatnie zabudowania. Byliśmy już na tyle wysoko nad Zawoją, że zarządziliśmy postój - odgłosom pożeranych kanapek wtórował głos Osina, który komentował zawiłości beskidzko-makowsko-żywieckie tego regionu.
Dalsza część drogi prowadzącej w stronę przełęczy Kolędówki wiodła przez pagórki, co wiązało się z dużą ilością ostrych podejść, ale mimo tego - i siąpiącego deszczu - udało nam się utrzymać dobre tempo.
Chwilowo się przejaśnia.
Widok w stronę Wełczy - najstarszej części Zawoi.
Zielonym szlakiem na grzbiet.
Na szlaku.
Prawie grzbiet...
Na Przełęczy Kolędówki.
W pewnym momencie ujrzeliśmy skrzyżowanie ścieżek - dotarliśmy do pierwszego punktu charakterystycznego wycieczki, czyli do Kolędówek. Po kilkuminutowym odpoczynku i rzuceniu okiem (a raczej oczami) na mapy podążyliśmy za żółtym szlakiem pełni nadziei, że ten doprowadzi nas do Jałowca. Oczywiście, ewentualna porażka byłaby zrzucona na Osina, więc zaufaliśmy mu, że nie dopuści do tego, żebyśmy się zgubili.

Po drodze na Jałowiec spotkało nas tylko kilka ciekawych rzeczy. Pierwszą było pojawienie się śniegu na pewnej wysokości. Utrzymywał się przez większą część trasy od tego momentu. Później dotarliśmy do prywatnego schroniska w Murowanej Piwnicy. Zdjęliśmy zimne kurtki, zamówiliśmy ciepłe jedzenie i ogrzaliśmy się w ciepłym wnętrzu. Z powodu ciepła i sytości motywacja ogółu grupy do marszu nieco spadła, jednak zmusiliśmy się i ruszyliśmy dalej. Po drodze mieliśmy okazję dostrzec kilka biegających saren.
Szlak momentami bywa błotnisty.
Marsz grzbietem.
Na Przełęczy Opaczne.
Schronisko znajduje się 5 min poniżej szlaku.
Schronisko "W Murowanej Piwnicy" tudzież Opaczne.
Obiad ;)
Widok ze schroniska na skrytą w chmurach Królową.
Autor artykułu występuje w puszczy.
Zaczyna się robić zimowo. Przekraczamy 1000 m n.p.m.
10 minut do szczytu.
Zimowy las.
Pierwsi na szczycie Jałowca (1111 m n.p.m.) - najwyższego szczytu p. Jałowieckiego - meldują się Konrad i Amanda.
Szczyt ujrzeliśmy po półtorej godziny od wyjścia ze schroniska. Było tam całkowicie biało - jak zresztą już kilka kilometrów temu. Na ziemi leżało miejscami 20 cm świeżego śniegu. Poprosiliśmy wspinającą się od strony Czerniawy Suchej kobietę o zrobienie nam zdjęcia, napiliśmy się herbaty i pomaszerowaliśmy dalej, do czego motywował hulający tam wiatr i zimno.  
Hala Trzebuńska - przy dobrej pogodzie oferuje piękne widoki. No, ale cóż... pogody się  nie wybiera. ;)
Ekipa na szczycie Jałowca. Od lewej: Konrad, Amanda, Piter, Karol, Osin.
Po kilkunastu minutach mniej lub bardziej szybkiego (a w przypadku autora relacji bardzo szybkiego) schodzenia dotarliśmy do punktu, gdzie znów trzeba było rozpocząć dość strome podejście (Przełęcz Trzebuńska). Tutaj jednak pojawił się pewien szkopuł - gdzieniegdzie cienka warstwa śniegu kamuflowała jeszcze cieńszy lód skrywający błotniste kałuże. Kilka nieprzyjemnych odgłosów "plusk" i wypowiedzianych przekleństw później wpełzliśmy na Suchej szczyt Czerniawy.
Schodzimy do Przełęczy Trzebuńskiej.
Niebo się powoli przeciera i wyłania się szczyt Suchej Czerniawy (1051 m n.p.m.)
Podejście na Czerniawę.
Szczyt.
Schodzenie z 1051 m n.p.m. w stronę wsi Koszarawy zajęło trochę czasu.
Przełączka przed Lachów Groniem.
Beskid Mały w oddali.
Ostatnie metry przed szczytem...
Po drodze zahaczyliśmy o szczyt Lachów Gronia (1045 m n.p.m.), gdzie ze szczytowej Hali Janoszkowej otworzył nam się przepiękny widok na Beskid Mały, Pasmo Pewelskie i Czeretniki. Niestety wtedy zgubiliśmy szlak i do wsi schodziliśmy stromą i lekko oblodzoną leśną drogą.
Szałas na Lachów Groniu.
Janoszkowa Hala.
Zachód słońca.
Droga w dół. 
Do twardszej drogi dotarliśmy krótko przed zachodem Słońca. Spacer przez wieś ciężko nazwać ekscytującym lub godnym wspominania. Półtorej godziny później zeszliśmy z drogi głównej i tu ponownie zaczęło się robić ciekawie.
Początki wsi Koszarawa. 
Wieczór.
Ostatnie zdjęcie z tego dnia. Tam gdzie widać ostatnie promienie słońca musimy jeszcze dojść. 
Pojawiły się nieoczekiwane trudności polegające na tym, że na rzece nie było mostu. Powtarzam: zmrok zapadł już całkowicie, a na rzece nie było mostu. Przejście kilkudziesięciu metrów w tę i z powrotem wzdłuż brzegu Koszarawy pozwoliło na potwierdzenie drugiego z tych faktów. Po postawieniu kilku tez dotyczących możliwych rozwiązań zaistniałego kryzysu zaczęliśmy rozglądać się za brodem, który pozwoliłby nam przejść suchą stopą. Rzeka okazała się mało łaskawa - w najpłytszym znalezionym miejscu woda niemal sięgała kostek. Szybka decyzja - zdejmujemy buty i przechodzimy boso. Jako pierwszy przeszedł Piotrek - sprawiał wrażenie, że takie rzeczy robi codziennie.

Konrad ruszył jako drugi, odważnie, bez wahania i... zdejmowania butów. Wtedy wszyscy po cichu przyznaliśmy, że właściwa impregnacja obuwia przed wyjściem w góry może być naprawdę warta wysiłku, bo Konradowi udało się praktycznie nie zmoczyć wnętrza swoich butów.

Amanda jednak zaprotestowała i powiedziała, że nie da rady wejść do lodowatej wody. Ja i Kuba zostawiliśmy koleżankę, zanieśliśmy swoje plecaki na drugi brzeg i podaliśmy je Konradowi i Piotrkowi, którzy zdążyli już wspiąć się na dwumetrową skarpę znajdującą się tuż nad brzegiem. Niestety, Kuba ociągał się na brzegu z podawaniem przesyłki i przez niego moje nogi - nogi stojącego w lodowatej wodzie po kostki i zapadającego się w mule od 30 sekund - zaczęły drżeć z zimna. Autor przyznaje, że to było naprawdę nieprzyjemne kilkanaście sekund jego życia.

Plecaki zostawione - siłą rzeczy trzeba było przenieść jeszcze Amandę. Ja i Kuba wróciliśmy na pierwszy brzeg, gdzie on podniósł samą Amandę, a ja jej rzeczy. Osin stanął na lekko pochylonym brzegu, co skończyło się dla niego poślizgnięciem, przewróceniem na plecy i niemalże upuszczeniem cennej przesyłki do rzeki - to ostatnie, na szczęście, niemalże. Poleciłem Kubie obranie innej trasy, a sam, aby nie stać niepotrzebnie w wodzie, poczekałem, aż bezpiecznie wraz z Amandą ulokuje się po drugiej stronie, po czym sam ruszyłem - po raz kolejny - w poprzek lodowatego strumienia. Tam wszyscy włożyliśmy z powrotem skarpety i buty na zdrętwiałe i nic nieczujące stopy, upewniliśmy się, że ścieżka, którą widzimy, wyznacza dalszy bieg naszej trasy, i podążyliśmy nią. Czucie w dolnych kończynach w przypadku autora wróciła po około dwudziestu minutach marszu.

Niedługie, ale strome podejście doprowadziło nas do chatki pod Łoskiem, której widok był jednym z najszczęśliwszych widoków, jakie mogliśmy wtedy chcieć ujrzeć. Zmęczeni, ale zadowoleni przygodami na trasie odpoczęliśmy tam przy talerzu ciepłej zupy, kubku herbaty, kartach oraz śpiewniku i gitarze. Około pierwszej zapakowaliśmy się w śpiwory i poszliśmy spać, wcześniej rozpalając ogień w piecyku.
Karol Grubiak

CDN...



środa, 2 grudnia 2015

"Kiedy ranne wstają zorze..."

Podobno spontaniczne wyjazdy są najlepsze. Siedzisz sobie w domu/akademiku i zastanawiasz się co zrobić ze swoim życiem, aż tu nagle ktoś proponuję ci zrobienie czegoś szalonego. Sporo ludzi w takim momencie popuka się po głowie albo znajdzie milion wymówek. Drugi typ osób to ci, którzy zdecydują się w ciągu kilku sekund. Należę zdecydowanie do tych drugich. ;)

***
W Czwartek po południu Wadim, jeden z członków SAKW-y, zaproponował wypad dla chętnych na Babią Górę. Co takiego specjalnego było w tym wyjeździe? Był to wyjazd nocny...

O godz. 20:00 stawiłem się zwarty i gotowy na cotygodniowym slajdowisku. Tam zgadałem się z dwoma innymi sakwowiczami, że pojedziemy razem busem. Niestety spóźnili się i koniec końców busem pojechałem sam. Z resztą ekipy miałem spotkać się w Markowych Szczawinach.

Byłem ostatnim pasażerem jadącym tak daleko. Kierowca wysadził mnie w Suchej Beskidzkiej, gdzie jego kolega zabrał mnie drugim busem do Zawoi. Kwadrans przed północą wysiadłem na przystanku Zawoja Policzne. Oprócz kilku budynków i stoków narciarskich nie było tu nic. Znajdowałem się na skraju cywilizacji. Dalej ciemna szosa wchodziła w gęsty las. Kierowca nawrócił i zniknął za zakrętem, a ja zostałem sam, wyruszyłem więc za potrzebą na pobliską polanę. Ogarnął mnie oszałamiający widok: tysiące gwiazd zdobiły firmament nieba. Miriady świetlistych punkcików błyszczały i mrugały w moją stronę. Wszechświat uśmiechał się do mnie. Czas iść - pomyślałem i ruszyłem w górę Szosy Karpackiej.
No to wio!
Lecim w las...
Póki szedłem drogą, czułem się całkiem swojsko, pomimo że z obu stron otaczał mnie ciemny las. Podziwiałem gwieździste niebo i maszerowałem, stukając cholewami o asfalt. W końcu dotarłem do miejsca, gdzie szosa zakręcała rozpoczynając swój serpentyniasty podjazd do przełęczy Krowiarki. Idąc dalej drogą, nadrobiłbym co najmniej kilka kilometrów. Po chwili wahania ruszyłem niebieskim szlakiem wgłąb lasu. Szedłem jak najszybciej się dało, choć przy co stromszych podejściach łapała mnie zadyszka. Każdy ruch w krzakach, każdy dziwny dźwięk przyprawiał mnie o dreszcze. Spotkanie z wilkiem/niedźwiedziem/yeti nie było czymś, o czym marzyłem. W końcu wtarabaniłem się na przełęcz Krowiarki (1012 m n.p.m.). Tędy szosa przecina grzbiet Beskidu Żywieckiego i opada w stronę Podhala. Jest to najwyżej położona przejezdna droga w Polsce.
Witamy w BgPN.
 Na ławeczce przy zamkniętej kasie biletowej zrobiłem sobie krótką przerwę "śniadaniową". Kilka kostek czekolady i kabanos postawiły mnie na nogi. Stanąłem na rozstaju szlaków. W lewo czerwony szlak wiódł grzbietem prosto na szczyt Diablaka. To najpopularniejsza trasa wśród turystów. Na przełęcz można podjechać samochodem i na spokojnie pokonać ostatnie kilkaset metrów przewyższenia. Ja jednak skręcałem w prawo, niebieskim. Droga do schroniska była prosta pod względem kondycyjnym - cały czas wiodła tzw. Górnym Płajem. Prawie dwie godziny marszu po płaskiej i równej drodze były niczym niedzielny spacer. W dzień.  W nocy to co innego. Środek nocy to nie najprzyjemniejsza pora na spacery w sercu jednego z najdzikszych obszarów w okolicy. Z duszą na ramieniu ruszyłem w stronę schroniska. W pewnym momencie moją drogę przeciął lis, przyprawiając mnie chwilowo o zawał serca. Aby umilić sobie ten niemiłosiernie dłużący się odcinek, złamałem podstawowy punkt regulaminu o niehałasowaniu i na komórce puściłem muzykę. Skoczne kawałki Dikandy dodawały mi otuchy. Kolejny zakręt, kolejna polanka, kolejny szmer w krzakach... i tak przez półtorej godziny. W końcu dotarłem na Zakręt Ratowników - odejście Perci Akademików od niebieskiego szlaku. Stąd do schroniska jest kwadrans drogi.
Zakręt Ratowników.
 W końcu zasiadłem na ławeczce w holu schroniska, czując rozpływające się po całym ciele ciepło i błogie uczucie ulgi. Zdrzemnąłem się na chwilę. Obudził mnie gwar ludzi wchodzących do schroniska.  Tak, to reszta sakwowiczów dotarła do schroniska. Kilkunastoosobowa grupa zeszła do Mordoru, czyli kuchni turystycznej. Po chwilowych próbach grania w gry typu  Czarne Historie i zaparzeniu herbaty, każdy przybił przysłowiowego gwoździa i zrobiło się cicho...
Spać...
Mroczna sylwetka królowej.
Kilka minut przed 5:00 pobudziliśmy się i po szybkiej zbiórce przed schroniskiem, ruszyliśmy w górę, czerwonym szlakiem. Najpierw łagodnie lasem, potem po kamienistych stopniach, stromym podejściem. Byle do góry, byle w stronę gwiazdozbioru Oriona, który wskazywał drogę. Z każdą minutą gwiazdy bledły, niebo szarzało i coraz to nowe szczegóły docierały do oczu. Zaczynało świtać. Zza drzew wyłoniły się światła Zawoi, śpiącej daleko w dole. A my pięliśmy się do góry. Na przełęczy Brona (1408 m n.p.m.) rozpoczęliśmy marsz grzbietem w kierunku szczytu.
Uśpione Podhale skryte w woalu chmur i postrzępione Tatry.
Szeroka ścieżka wiodła wzdłuż granicy, korytarzykiem wyrytym wśród kosodrzewiny. Szło się w miarę płasko, ale od czasu do czasu grzbiet podnosił się stromo i kilka-kilkanaście metrów. W końcu opuściliśmy piętro kosodrzewiny i wkroczyliśmy na kamienistą pustynię, tylko z rzadka porośniętą mchem. Zerwał się ostry wiatr. Przed nami wyrosła kopuła szczytowa Diablaka. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów wspinaczki po skalnych płytach i szczyt...

***
Złoto wystrzeliło z horyzontu niczym łuna jakiegoś wielkiego pożaru. Gdzieś w oddali pierwsze promienie słońca oświetlały już strzelistą grań Tatr Bielskich. Ciepło słońca tańczyło na Hawraniu, a  ja chłonąłem tę chwilę, stojąc w bezruchu. Każdy z nas kontemplował piękno tej chwili. Na wschodzie Ćwilin, Śnieżnica, Lubogoszcz i Luboń wystawały z morza porannych mgieł, nie pozostawiając wątpliwości co do genezy nazwy Beskidu Wyspowego. 

Byłem zmarźnięty, zmęczony i marzyłem tylko o moim ciepłym łóżku, które czekało na mnie w akademiku,  jednak jednego mogłem być pewny: byłem szczęśliwy. 

Bo są takie chwile, dla których po prostu się żyje...
Herbatka na szczycie. ;)
Wstaje...
...dzień.
(Fotografie wschodu dzięki uprzejmości W. Stanka)

"Bo z góry widać więcej..."

~Osin

wtorek, 8 lipca 2014

Raport Specjalny. Wyprawa na Perć Akademików i Babią Górę

Z okazji pierwszego weekendu wakacji dla jednych, zbliżającego się końca sesji dla drugich i oczywiście z powodu zbliżającej się wielkimi krokami wyprawy, zafundowaliśmy sobie weekendowy wypad na Babią Górę. Szczyt Diablak (1725 m n.p.m.) zdobyliśmy najtrudniejszym szlakiem Beskidów - Percią Akademików. Nie było łatwo, ale wróciliśmy szczęśliwi. Wypad dał parę setek świetnych zdjęć, wrażenia no i oczywiście możliwość sprawdzenia swoich możliwości przed kolejnymi wyzwaniami. Zapraszamy do przeczytania szczegółowej relacji. ;)




Trasa:
     
Busem: Dąbrowa Górnicza - Kraków - Zawoja
     Pieszo: Przystanek Zawoja Podryzowane - Stary Groń - schronisko PTTK Markowe Szczawiny -                          - Skręt Ratowników - Diablak - Szkolnikowe Rozstaje - Przełęcz Krowiarki - Przystanek Zawoja Policzne
Uczestnicy: Osin, Czarek, Piotrek, Krzysiek
Długość trasy: 17,6 km (19,4 km wg oficjalnej rozpiski szlaków)

Tutaj można zobaczyć przebieg naszej trasy na mapie:


Pokaż Babia Góra na większej mapie


Noc z soboty na niedzielę spędzamy w  akademiku Alfa, na terenie miasteczka studenckiego AGH, gdzie na co dzień mieszka Osin. Ponieważ pokój był na ostatnim piętrze i przez to było strasznie gorąco, noc ta była niezwykle męcząca. Udało nam się zasnąć dopiero po drugiej w nocy. A o czwartej pobudka... Wstajemy niewyspani, robimy wielką "jajecznicę pokoju" dla wszystkich, którą zjadamy bezpośrednio z patelni, szybki prysznic i równo o piątej rano wymarsz. Ulicami krakowskiego Starego Miasta zmierzamy w kierunku dworca PKS. Zaskakują nas tłoki na ulicach o tej porze - większość luda, to niedobitki z sobotnich imprez w miejscowych klubach.


Poranek w Krakowie ;)
Po tym krótkim spacerku docieramy na dworzec, gdzie o 6:10 wsiadamy w busa do Zawoi. Czekają nas ponad dwie godziny w busie - idealny moment, żeby choć trochę odespać nockę. Jeszcze nim wyjechaliśmy z Krakowa, przez szybę udało nam się wypatrzeć termometr. Już teraz pokazywał 20 stopni...

8:40 wysiadamy na przystanku Zawoja - Podryzowane. Tam też od razu lądujemy na czarnym szlaku, który jest pierwszym etapem naszej wędrówki. Królowa (Babia Góra), nasz cel, wita nas całym swym majestatem.

Babia Góra - Królowa Beskidów
Początek trasy to istna sielanka.
Zawoja Podryzowane.
Piękne okoliczności przyrody.
Królowa bacznie nas obserwuje:
Tam idziemy. Na samiutką górę ;)
A my maszerujemy. Upał daje się we znaki.
Goorąco.
Trasą dochodzimy na Stary Groń, gdzie schodzimy na niebieski szlak, który prowadzi nas wprost do kasy biletowej Babiogórskiego Parku Narodowego. Tam krótki postój i ruszamy dalej - tym razem zmieniamy kolor szlaku na zielony. Początek jest płaski.
Las daje przyjemny chłód.
Wkrótce jednak robi się stromo.
Zaczyna się "malutkie" podejście.
Stairway to heaven ;)
Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.
Tutaj też po raz pierwszy przydają się krótkofalówki - zespół rozdziela się na dwa duety. Ja z Krzyśkiem wyrywamy do przodu, a Osin z Piotrkiem pozostają kilkaset metrów za nami. Stały kontakt radiowy to świetna rzecz. Dochodzimy do małej polanki.

Leśna polana...
Wita nas tam leśny mieszkaniec:
...i jej mieszkaniec.
Idziemy dalej i po kolejnym, tym razem krótkim, podejściu docieramy do schroniska PTTK Markowe Szczawiny (1199 m n.p.m.). Jest godzina 11:00 i tam w schronisku robimy długą przerwę obiadową. Niestety nikt z nas nie zrobił zdjęcia przy schronisku. Przyczyną jest następny, najciekawszy i najbardziej wyczekiwany przez nas etap naszej górskiej wędrówki - Perć Akademików. Jest godzina 12:00, robimy pamiątkowe zdjęcie:
Koło schroniska Markowe Szczawiny.
Jeszcze tylko 90 minut wspinaczki :)
I ruszamy przed siebie zmierzyć się z wyzwaniem, które sami przed sobą postawiliśmy. Najpierw jest łatwo. Jak to mawiają: dobre złego początki.
Chwilowo płasko.
Górska flora.
Dochodzimy do Skrętu Ratowników, gdzie żółty szlak (Perć) odbija w górę. I tu zaczynają się schody - dosłownie i w przenośni.
Skręt ratowników.
Szlak pnie się ostro w górę:
Znowu schody.
Chwila na złapanie oddechu. Drzewo samo nie postoi - trzeba mu pomóc :) :
Chwila na złapanie oddechu.

Tutaj nasz zespół ponownie się rozdziela. Krótkofalówki znów idą w ruch. W końcu dochodzimy do granicy lasu.
Już niedaleko. Górna granica lasu.
Szlak staje się coraz węższy:
Szlak wśród paprotek.
I bardziej stromy:
Kamieniście.
Tuż przed łańcuchami pojawiają się złe wiadomości. Prosto na nas idzie komórka burzowa - deszcz, pioruny i kiepska widoczność. A to oznacza problemy. Dodatkowo tracimy łączność radiową z Osinem i Piotrkiem. Pozostaje nam tylko na nich zaczekać.
Burzowo.
W tym miejscu chcemy zwrócić uwagę jak zmienna i nieprzewidywalna może być pogoda w górach. Wystarczy porównać pierwsze zdjęcia z tej relacji z tym powyżej - to mówi samo za siebie.

Po krótkiej dyskusji zapada decyzja - ze względu na stromiznę szlaku, bezpieczniej iść naprzód niż zawracać. Zresztą Perć Akademików jest jednokierunkowa. Chcemy pokonać najtrudniejsze odcinki, zabezpieczone łańcuchami i klamrami nim uderzy w nas burza. Zatem, już w komplecie, ruszamy dalej. Pojawiają się pierwsze ubezpieczenia.

Początek łańcuchów ;)
Wiele osób boi się szlaków ze sztucznymi ułatwieniami. Ich schemat myślenia jest prosty: jeśli są łańcuchy, to jest niebezpiecznie. To nie do końca prawda. Owszem łańcuchów nie spotkamy na prostej drodze, ale dzięki nim jest prościej i przez to bezpieczniej. Tak wyglądała nasza wspinaczka Percią Akademików:
Zaczyna się prawdziwa wspinaczka. ;)
Stromo.

Łatwiejszy fragment Perci.
Zbliżamy się do Czarnego Dziobu (to te skałki po prawej):
Przed Czarnym Dziobem.
Jest to najtrudniejszy odcinek Perci Akademików. Tutaj pojawiają się klamry. Krzysiek rozpoczyna wspinaczkę:
Krzysiu na klamrach.
Up, up, up...
Widok ze ściany: 
Stromo, ale wesoło. :)
Ja w połowie drogi:
"Biżuterii górskiej" ciąg dalszy.
Powyżej Czarnego Dziobu Perć Akademików zamienia się w zwykłą stromą ścieżkę. Tym razem wychodzimy już z pasma kosodrzewiny - to oznacza, że jesteśmy na wysokości ok. 1650 m n.p.m.
Najgorsze za nami.
Rumowisko skalne.

Widoczek ze szlaku. Burza na szczęście odchodzi w bok:
Widok na Zawoje.
Do szczytu już nie daleko. Tak wygląda końcówka Perci z góry:
Widok w dół.
A to już szczyt - Diablak (1725 m n.p.m.). Jeszcze tylko kilkanaście metrów:
Diablak 1725 m n.p.m.
Kapliczka pod Diablakiem:
Kapliczka.
Udało się. Babia Góra zdobyta. I to jeszcze najtrudniejszym szlakiem. Słodki jest smak zwycięstwa:
Babia zdobyta! :D
Pamiątkowa fotka przy znaku szczytowym. A za nami widok na Słowację:
Na szczycie.
Na szczycie robimy dłuuugą przerwę. Zasłużony odpoczynek, czas na robienie zdjęć i na przegryzienie czegoś. Rozrzedzone powietrze zapewnia doskonałą widoczność. Tak wygląda panorama na stronę Polską:
Panorama nr 1
I na stronę Słowacką:
Panorama nr 2

Wszystko, co dobre szybko się kończy i zaczynamy powolną wędrówkę w dół. Tym razem idziemy granią, Głównym Szlakiem Beskidzkim. Pamiętajmy o tym, że Perć Akademików jest jednokierunkowa i nie wolno nią schodzić. Początek drogi jest jak zwykle cudowny. Idzie się dobrze, a dookoła rozpościerają się piękne widoki na m.in. pasmo Policy:
Kosodrzewina po horyzont.
Na GSB.
Chwila refleksji.
Znów kosodrzewina. I Krzysiek robiący krótki postój:
Pośród kosodrzewiny.
Wkrótce dochodzimy do szczytu Sokolicy (1367 m n.p.m.), skąd mamy piękny widok na Babią Górę  i Perć Akademików.
Widok z Sokolicy.
Poniżej drzewa przysłoniły nam widok i skończyły się ładne widoki. 
Coraz niżej.
Zejście było mozolne i mordercze dla nóg. Po godzinie marszu dotarliśmy do Przełęczy Krowiarki - końca BPN.
Na przełęczy Krowiarki.
Dalej wchodzimy na niebieski szlak, który wiedzie nas jeszcze kawałek lasem i potem, na dobitkę, wychodzi na drogę, którą wiedzie nas aż na przystanek Zawoja - Policzne.
Wejście na niebieski szlak.
Nad strumieniem.
Szosa Karpacka.
Z powrotem w Zawoi.
Zawoja, Policzne.
Asfalt nie jest dobry do dłuższych pieszych wędrówek. Jest twardy, mocno się nagrzewa, przez co można sobie nawet odparzyć stopę w grubym traperskim bucie i dodatkowo jeszcze w grubej skarpecie typu frott, która na zwykłym szlaku pozwala uniknąć pęcherzy, a tutaj działa niczym piekarnik. Kompletnie padnięci po wędrówce wsiadamy do piekarnika z termoobiegiem na kołach (czytaj: nieklimatyzowanego busa upchanego do granic możliwości), który zawieść miał nas do Krakowa. Jesteśmy tak zmęczeni, że zasypiamy natychmiast. I wszyscy też, jakby na akord, budzimy się w Suchej Beskidzkiej. W nagrzanym busie było duszno i nie dało się wręcz oddychać. Do tego stopnia, że aż mnie świerzbiła ręką, żeby sięgnąć po czerwony młoteczek nad moją głową, wybić szybę dla świeżego powietrza. W końcu kierowca zdecydował się uchylić szyberdach i warunki stały się bardziej znośne. Do Krakowa dojeżdżamy jeszcze bardziej wymęczeni. Ten sam termometr pokazywał teraz 31 stopni (było ok. godziny 19:00) Żegnamy tutaj Osina i Piotra i sami z Krzyśkiem wsiadamy do busa do Katowic. Ten już, chociaż miał klimatyzację, ale w zamian otrzymaliśmy miejsca stojące... Dawno, nie spało mi się tak dobrze, jak tej nocy...


Reasumując, wyprawę można uznać za udaną w stu procentach. Pomimo upału i duchoty, przeszliśmy najtrudniejszy beskidzki szlak - Perć Akademików. Tutaj też pogoda spłatała nam psikusa, strasząc nas burzą. Był to moment odrobinę nerwowy, także o włos zrezygnowalibyśmy z atakowania szczytu. Udało się. Zdobyliśmy Babią Górę! Dla większości z nas był to pierwszy kontakt z "biżuterią górską", ale nikt z nas nie spotkał się z większymi trudnościami. Również nasze krótkofalówki przeszły swój chrzest bojowy. Doskonale się sprawdziły, chociaż trudne warunki terenowe (przynajmniej dla rozchodzącej się fali elektromagnetycznej) znacząco skróciły ich zasięg. Babia Góra już z daleka imponuje swym pięknem, ale widok z jej szczytu jest wręcz olśniewający - nie na darmo jest uważana za Królową Beskidów. Teraz już pozostaje nam się przygotowywać do następnej, większej wyprawy...


~Czarek