piątek, 4 grudnia 2015

Tatrzański spacer, czyli krótka rozprawa o nowych doświadczeniach.

Jak co roku, w połowie listopada odbywa się integracja SAKW-y w dol. Chochołowskiej. Z przyczyn osobistych nie miałem okazji dotrzeć tam rok temu. W tym roku w końcu mi się udało, choć nie nachodziłem się zbytnio. Zacznijmy od początku... ;)

***
Obudziłem się o 3:40 i z niesmakiem stwierdziłem, że pada. Grube krople bębniły o parapet, a wiatr usilnie zrzucał pozostałe liście z okolicznych drzew. Po kilku minutach walki z sobą poddałem się i wybrałem plan B - wyspanie się i pojechanie do Zakopanego koło południa. Wiązało się to z brakiem czasu na dłuższą wędrówkę oraz brakiem towarzystwa (znowu). Zaplanowałem krótką i niewymagającą trasę. Dojazd nie sprawił mi większych problemów. Dwie godziny jazdy autobusem, a potem szybki kurs busikiem do Kir.

Zaciągnąłem się mroźnym, górskim powietrzem i rozejrzałem po znajomej okolicy. Tu kończyłem rok temu moją wędrówkę po Czerwonych Wierchach. Minąłem wejście do TPN-u i rozpocząłem marsz wgłąb dol. Kościeliskiej.
We meet again, TPN. ;)
Mijam bramę Kantaka. 
Jest chłodno, ale przyjemnie.
Było już dość późno na wędrówki po Tatrach, więc zdecydowana większość turystów wracała do Kir. Ja dziarsko maszerowałem w stronę schroniska na hali Ornak. Dolina Kościeliska ma ponad 9 km długości i jest bez wątpienia moją ulubioną doliną tatrzańską. Kościeliski Potok wyrył sobie drogę w miękkich skałach osadowych, tworząc przepiękne skalne bramy, boczne kaniony i jedne z największych w kraju jaskiń.
Wapienne skały zdobią szlak.
Takich skalnych ścian jest tutaj wiele.
Polana nieopodal wąwozu Kraków.
 W końcu dotarłem do schroniska PTTK na Hali Ornak. Schronisko otwarto w 1948 roku, choć pierwsze altano-szałasy w dolinie były stawiane już pod koniec 19. wieku. Rok temu spędziłem tu noc. Tym razem nie zaszczyciłem wnętrz schroniska swoją obecnością, gdyż chciałem jak najszybciej pokonać poważną przeszkodę terenową - przełęcz Iwaniacką. Po krótkiej przerwie ruszyłem żółtym szlakiem w górę.
Schronisko PTTK na Hali Ornak. 
Ośnieżone stoki Kamienistej. 
Ścieżka wiodła kamiennym stopniami przez las, wznosząc się ponad 350 m ponad poziom schroniska. Szybko robiło się ciemno - wiedziałem, że do schroniska dotrę po zmroku. W końcu wszedłem na Przełęcz  Iwaniacką (1459 m n.p.m.).
Tomanowa Przełęcz - widok z podejścia na Iwaniacką Przełęcz.
Stoki grzbietu Ornaka.
Kamienista (2121 m n.p.m.).
Iwaniacka Przełęcz to ważne miejsce w geografii Tatr - to tzw. przełęcz kluczowa Kominiarskiego Wierchu. Czymże jest przełęcz kluczowa? Wyobraźmy sobie, że powoli podnosimy poziom wody i zalewamy cały świat. Kolejne szczyty znikają pod taflą morskiej wody. Istnieją takie miejsca, gdzie woda przelewa się przez przełęcze i odcina masywy górskie. Moment, w którym dany szczyt zostaje odcięty od jakichkolwiek szczytów wyższych od siebie, to właśnie moment wyznaczający przełęcz kluczową.

Od Siwego Zwornika na głównej grani Tatr odchodzi boczny grzbiet, którego najwyższą kulminacją jest Ornak (1854 m n.p.m.). Po pewnym czasie opada on stromo do Iwaniackiej Przełęczy i wznosi się ponownie ku Kominiarskiemu Wierchowi (1829 m n.p.m.). Kominiarski Wierch jest zatem oddzielony od Ornaku właśnie tą przełęczą. Różnica wysokości pomiędzy przełęczą kluczową a szczytem to tak zwana minimalna deniwelacja względna (MDW) lub wybitność. Wybitność Kominiarskiego Wierchu wynosi 370 m, tym samym czyniąc go najwybitniejszym szczytem Tatr Zachodnich. Niestety nie prowadzi na niego żaden szlak. Istniejący szlak został zamknięty z uwagi na ochronę orła, który upodobał sobie skaliste stoki Kominiarskiego.
Ciemna sylwetka Kominiarskiego Wierchu z Iwaniackiej Przełęczy.
Najwyższy punkt na trasie.
Na szczycie przełęczy leżały płaty śniegu i wiał zimny wiatr. W międzyczasie zapadł zmrok. Te okoliczności zmotywowały mnie do ograniczenia postoju i ruszenie w dół w stronę dol. Chochołowskiej.

Marsz w dół doliny Iwaniackiej był dosyć prosty. Początkowa stromizna przerodziła się w miarę łagodnie opadające rumowisko, dnem którego w co bardziej deszczowe dni spływała woda. Ścieżka przecinała raz po raz wypłukane przez wodę, skalne płyty. Brak drzew sprawiał, że było w miarę jasno. W dolnej części dolina zwężała się i ścieżka wchodziła w las. Gęste korony jodeł blokowały ostatnie promienie światła. Wkrótce osiągnąłem początek doliny i wszedłem na szeroką polankę. Zorientowałem się, że zgubiłem szlak. Było kompletnie ciemno i wpadłem w lekką panikę. Kilka razy cofnąłem się w górę, aby sprawdzić gdzie zgubiłem żółte znaki. Szlak wyżej oczywiście był, ale nie mogłem znaleźć odbicia ścieżki. Postanowiłem więc zejść prosto w dół, wzdłuż wyschniętego strumienia, z nadzieją znalezienia jego ujścia na dnie doliny. Po przecięciu polanki i wejściu w gęsty lasy dotarłem do błotnistej drogi. Jest! Znalazłem się na czarnym szlaku na dnie Doliny Starorobociańskiej.

Odcinek do dna Doliny Chochołowskiej dłużył się niemiłosiernie, gdyż musiałem iść bokiem drogi, potykając się o wystające korzenie i pokonując odłożone bale ściętego drewna. W przeciwnym razie zapadałbym się w błocie po kolana. W końcu jednak dotarłem do głównej, bitej drogi prowadzącej przez całą Dolinę Chochołowską.

Na ostatnim odcinku minąłem kilkoro turystów, którzy świecąc czołówkami, zmierzali w kierunku  wylotu doliny. Gdy zobaczyłem światła schroniska po drugiej stronie polany, odetchnąłem z ulgą. Pomimo chwilowej nerwówki przy wylocie Doliny Iwaniackiej, udało mi się w jednym kawałku dotrzeć do schroniska...
Safe heavens... ;)
A na kolacje: Placki po cygańsku, najlepiej przyprawione zmęczeniem. ;)
***
Jak było na integracji? Cóż, co tu dużo mówić. Impreza w towarzystwie fantastycznych ludzi, baldy na ścianie schroniska, lepienie bałwana (w międzyczasie spadł śnieg) oraz obowiązkowe szkolenie z zawąchiwania wódki chlebkiem razowym dla nowych członków. ;)

Każdemu komu marzą się ośnieżone szczyty i alpinizm z prawdziwego zdarzenia, a akurat studiuje na AGH (lub innej krakowskiej uczelni) polecam wstąpienie w szeregi Sekcji Akademickiej Klubu Wysokogórskiego AGH (SAKWA). Pozytywne wrażenia gwarantowane. Pozwolę sobie udostępnić tegoroczny film promocyjny:

***
Pobudka poszła sprawnie i po zjedzeniu śniadania i spakowaniu się ruszyłem w drogę powrotną w towarzystwie dwóch innych sakwowiczów. Przeszliśmy całą Chochołowską, gdzie jeden z nas wyruszył w samotną wędrówkę Ścieżką pod Reglami do Zakopanego. Ja i Kamil wsiedliśmy do busa i odjechaliśmy do Zakopca.
Ulepimy dziś bałwana? ;)
Nasypało śniegu na Chochołowskiej Polana.
Mgła okrywa Kominiarski Wierch. 
Swojski Malczan w Chochołowskiej. ;)
Koniec wędrówki.
Giewont i Czerwone Wierchy w śniegu.
Pewnie wielu z Was zastanawia się, o cóż to za nowe doświadczenia mam na myśli. Spięszę z odpowiedzią: Kamilowi szkoda było kilkunastu złotych na bus do Krakowa, zaproponował więc powrót stopem. Przyjąłem tę propozycję z entuzjazmem. 
Kilkanaście minut później staliśmy na przystanku autobusowym na początku Zakopianki. Czując przyjemną ekscytację i lekki dreszcz wyciągnąłem kciuka i rozpocząłem proceder uśmiechania się do przejeżdżających kierowców. Zmienialiśmy się co chwila, bo ręka z wyciągniętym kciukiem szybko drętwiała. Minęło nas dość sporo aut. Część patrzyła na nas jak na UFO, inni uprzejmie pokazywali, że jadą tylko kilka ulic dalej. Zatrzymaliśmy również przypadkiem autobus. 
100 km do domu...
Zakopianka jest jedną z najruchliwszych szos w Polsce, nie dziwi więc fakt, że już po pół godzinie zgarnęła nas młoda para, świeżo po studiach. Wracali z weekendowej przeciorki po Tatrach. Poszczęściło się nam i podrzucili nas do samiutkiego Krakowa. Przez chwilę zabawialiśmy naszych współtowarzysz rozmową po czym ogarnęła nas senność... szczęśliwie dojechaliśmy do grodu Kraka i rozeszliśmy się do domów. 
Jeśli przypadkiem trafią na tego bloga: serdeczne pozdrowienia i do zobaczenia na szlaku. ;)

W przyszłym roku trzeba się trochę bardziej przeciorać... ;)
~Osin

środa, 2 grudnia 2015

"Kiedy ranne wstają zorze..."

Podobno spontaniczne wyjazdy są najlepsze. Siedzisz sobie w domu/akademiku i zastanawiasz się co zrobić ze swoim życiem, aż tu nagle ktoś proponuję ci zrobienie czegoś szalonego. Sporo ludzi w takim momencie popuka się po głowie albo znajdzie milion wymówek. Drugi typ osób to ci, którzy zdecydują się w ciągu kilku sekund. Należę zdecydowanie do tych drugich. ;)

***
W Czwartek po południu Wadim, jeden z członków SAKW-y, zaproponował wypad dla chętnych na Babią Górę. Co takiego specjalnego było w tym wyjeździe? Był to wyjazd nocny...

O godz. 20:00 stawiłem się zwarty i gotowy na cotygodniowym slajdowisku. Tam zgadałem się z dwoma innymi sakwowiczami, że pojedziemy razem busem. Niestety spóźnili się i koniec końców busem pojechałem sam. Z resztą ekipy miałem spotkać się w Markowych Szczawinach.

Byłem ostatnim pasażerem jadącym tak daleko. Kierowca wysadził mnie w Suchej Beskidzkiej, gdzie jego kolega zabrał mnie drugim busem do Zawoi. Kwadrans przed północą wysiadłem na przystanku Zawoja Policzne. Oprócz kilku budynków i stoków narciarskich nie było tu nic. Znajdowałem się na skraju cywilizacji. Dalej ciemna szosa wchodziła w gęsty las. Kierowca nawrócił i zniknął za zakrętem, a ja zostałem sam, wyruszyłem więc za potrzebą na pobliską polanę. Ogarnął mnie oszałamiający widok: tysiące gwiazd zdobiły firmament nieba. Miriady świetlistych punkcików błyszczały i mrugały w moją stronę. Wszechświat uśmiechał się do mnie. Czas iść - pomyślałem i ruszyłem w górę Szosy Karpackiej.
No to wio!
Lecim w las...
Póki szedłem drogą, czułem się całkiem swojsko, pomimo że z obu stron otaczał mnie ciemny las. Podziwiałem gwieździste niebo i maszerowałem, stukając cholewami o asfalt. W końcu dotarłem do miejsca, gdzie szosa zakręcała rozpoczynając swój serpentyniasty podjazd do przełęczy Krowiarki. Idąc dalej drogą, nadrobiłbym co najmniej kilka kilometrów. Po chwili wahania ruszyłem niebieskim szlakiem wgłąb lasu. Szedłem jak najszybciej się dało, choć przy co stromszych podejściach łapała mnie zadyszka. Każdy ruch w krzakach, każdy dziwny dźwięk przyprawiał mnie o dreszcze. Spotkanie z wilkiem/niedźwiedziem/yeti nie było czymś, o czym marzyłem. W końcu wtarabaniłem się na przełęcz Krowiarki (1012 m n.p.m.). Tędy szosa przecina grzbiet Beskidu Żywieckiego i opada w stronę Podhala. Jest to najwyżej położona przejezdna droga w Polsce.
Witamy w BgPN.
 Na ławeczce przy zamkniętej kasie biletowej zrobiłem sobie krótką przerwę "śniadaniową". Kilka kostek czekolady i kabanos postawiły mnie na nogi. Stanąłem na rozstaju szlaków. W lewo czerwony szlak wiódł grzbietem prosto na szczyt Diablaka. To najpopularniejsza trasa wśród turystów. Na przełęcz można podjechać samochodem i na spokojnie pokonać ostatnie kilkaset metrów przewyższenia. Ja jednak skręcałem w prawo, niebieskim. Droga do schroniska była prosta pod względem kondycyjnym - cały czas wiodła tzw. Górnym Płajem. Prawie dwie godziny marszu po płaskiej i równej drodze były niczym niedzielny spacer. W dzień.  W nocy to co innego. Środek nocy to nie najprzyjemniejsza pora na spacery w sercu jednego z najdzikszych obszarów w okolicy. Z duszą na ramieniu ruszyłem w stronę schroniska. W pewnym momencie moją drogę przeciął lis, przyprawiając mnie chwilowo o zawał serca. Aby umilić sobie ten niemiłosiernie dłużący się odcinek, złamałem podstawowy punkt regulaminu o niehałasowaniu i na komórce puściłem muzykę. Skoczne kawałki Dikandy dodawały mi otuchy. Kolejny zakręt, kolejna polanka, kolejny szmer w krzakach... i tak przez półtorej godziny. W końcu dotarłem na Zakręt Ratowników - odejście Perci Akademików od niebieskiego szlaku. Stąd do schroniska jest kwadrans drogi.
Zakręt Ratowników.
 W końcu zasiadłem na ławeczce w holu schroniska, czując rozpływające się po całym ciele ciepło i błogie uczucie ulgi. Zdrzemnąłem się na chwilę. Obudził mnie gwar ludzi wchodzących do schroniska.  Tak, to reszta sakwowiczów dotarła do schroniska. Kilkunastoosobowa grupa zeszła do Mordoru, czyli kuchni turystycznej. Po chwilowych próbach grania w gry typu  Czarne Historie i zaparzeniu herbaty, każdy przybił przysłowiowego gwoździa i zrobiło się cicho...
Spać...
Mroczna sylwetka królowej.
Kilka minut przed 5:00 pobudziliśmy się i po szybkiej zbiórce przed schroniskiem, ruszyliśmy w górę, czerwonym szlakiem. Najpierw łagodnie lasem, potem po kamienistych stopniach, stromym podejściem. Byle do góry, byle w stronę gwiazdozbioru Oriona, który wskazywał drogę. Z każdą minutą gwiazdy bledły, niebo szarzało i coraz to nowe szczegóły docierały do oczu. Zaczynało świtać. Zza drzew wyłoniły się światła Zawoi, śpiącej daleko w dole. A my pięliśmy się do góry. Na przełęczy Brona (1408 m n.p.m.) rozpoczęliśmy marsz grzbietem w kierunku szczytu.
Uśpione Podhale skryte w woalu chmur i postrzępione Tatry.
Szeroka ścieżka wiodła wzdłuż granicy, korytarzykiem wyrytym wśród kosodrzewiny. Szło się w miarę płasko, ale od czasu do czasu grzbiet podnosił się stromo i kilka-kilkanaście metrów. W końcu opuściliśmy piętro kosodrzewiny i wkroczyliśmy na kamienistą pustynię, tylko z rzadka porośniętą mchem. Zerwał się ostry wiatr. Przed nami wyrosła kopuła szczytowa Diablaka. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów wspinaczki po skalnych płytach i szczyt...

***
Złoto wystrzeliło z horyzontu niczym łuna jakiegoś wielkiego pożaru. Gdzieś w oddali pierwsze promienie słońca oświetlały już strzelistą grań Tatr Bielskich. Ciepło słońca tańczyło na Hawraniu, a  ja chłonąłem tę chwilę, stojąc w bezruchu. Każdy z nas kontemplował piękno tej chwili. Na wschodzie Ćwilin, Śnieżnica, Lubogoszcz i Luboń wystawały z morza porannych mgieł, nie pozostawiając wątpliwości co do genezy nazwy Beskidu Wyspowego. 

Byłem zmarźnięty, zmęczony i marzyłem tylko o moim ciepłym łóżku, które czekało na mnie w akademiku,  jednak jednego mogłem być pewny: byłem szczęśliwy. 

Bo są takie chwile, dla których po prostu się żyje...
Herbatka na szczycie. ;)
Wstaje...
...dzień.
(Fotografie wschodu dzięki uprzejmości W. Stanka)

"Bo z góry widać więcej..."

~Osin

poniedziałek, 2 listopada 2015

Inauguracja sezonu jesiennego: Luboń Wielki.


A dziś to tylko taki krótki spacer integracyjny. Nic szczególnego, poza niestandardowym autorem tej relacji. Po długim czasie w końcu zgadałem się z Osinem na jakiś wypad w góry i wypadliśmy. 5 października br. był jak znalazł – inauguracja akademicka oznaczała godziny rektorskie. Termin zatem wpadł sam. Cel wymyślił Osin.
Kilka dni wcześniej spotkaliśmy się na obiedzie w kuchni w akademiku na, można powiedzieć, burzy mózgów.

Mózgu.  
Kuba miał tyle pomysłów, że jednak zostawiłem wszystko w jego rękach i wziąłem raczej bierny udział w organizacji wyjazdu.
***
Zbierałem się niezwykle długo, bo mieliśmy aż trzy godziny poślizgu. Chcąc dojechać szybciej na Małopolski Dworzec Autobusowy, próbowaliśmy rozwikłać zagadkę jak wypożyczyć rower miejski, co zdecydowanie nas przerosło o tej porze i skłoniło do rozgrzewki w postaci spaceru na dworzec. Po dojściu na miejsce musieliśmy zaczekać na Karola. Tam spotkaliśmy dwóch losowych gostków – lub nawet nie tyle spotkaliśmy, ile się napatoczyli.  Pierwszy to prawdziwy oryginał i myślę, że spokojnie można by mu było poświęcić osobny artykuł – tu jednak wspomnę tylko o tym, że docenił nas za czytanie książek. Zrobiło na nim też wrażenie, że wiemy gdzie leży Alwernia, ostatecznie wyznał, że widzi za sobą śmierć. Tu pojawia się coś, co chyba jest pierwszym dobrym omenem (nie, może nie to, że widzi za sobą śmierć) – zapytany, czy za nami jest śmierć – odpowiedział: „Za Wami? Nie.”. Drugi natomiast też był nieprzeciętny, ale już nie tak pozytywnie, bo interesownie. Po szybkiej wymianie zdań i przekonaniu nas, że nie potrzebuje pieniędzy, poprosił nas o pieniądze na bilet – w cudzysłowie lub bez, nie wiem, nie interesowało nas to specjalnie, bo i tak mieliśmy odliczoną kieszeń. To była dość krótka rozmowa, jak można było się spodziewać. Wkrótce dołączył do nas Karol i zapakowaliśmy się do busa, zmierzającego do Rabki Zdrój.

Pogoda przednia nie była, ale zła też nie. Zawsze mogło lać, a tak – były tylko mgły.
Po wyjściu z busa rzuciłem się na cukiernie, pewnie przez brak porządnego śniadania. Reszta poszła za mną i też wylądowali z karpatką w łapach. Zjeść, a potem jeszcze tylko znaleźć jakąś mapę, zrobić jej zdjęcie i można iść. Problemu nie było, ruszyliśmy szybko.  
Początek wycieczki.
Wychodzimy z miasta.
Nasz cel, Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) w zasięgu wzroku.
Problem z trasą pojawił się bardzo szybko, bo oznaczenia szlaków były kiepskie. Na środku łąki droga rozchodziła się w dwie strony, a my łamiemy sobie głowy co z tym zrobić (zdjęcie mapy i sama mapa nie była dość dokładna, by to ustalić). Poudawaliśmy, że myślimy, umówiliśmy się, że podjęliśmy świadomy wybór drogi i poszliśmy gdziekolwiek (w lewo). Drogi na całe szczęście się połączyły, pokazało się jakieś oznaczenie i kontynuowaliśmy.  
Gdzie teraz?
Pierwszym checkpointem była pewna wieża widokowa na Królewskiej Górze. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w dół stokiem narciarskim. Widok był niezły, ale trasa nieprzyjemna, bo po stromym, błotnistym zboczu.
Widok na Zachód. Z mgieł wyłania się Beskid Żywiecki.
Masyw Lubonia.
Karol na szczycie wieży.
Schodzimy w dół...
...po stromym stoku narciarskim.
Po dojściu do dzielnicy Zaryte, przeszliśmy kawałek szosą i zrobiliśmy postój w sklepie. Kuba i Karol kupili pieczywo i kiełbasy, ja natomiast się wstrzymałem, kupiłem tylko batonik. Za chwilę wytłumaczę dlaczego. Po kolejnym odcinku wzdłuż drogi mogliśmy skręcić na żółty szlak, gdzie przeszliśmy do meritum spaceru, czyli podejścia na Luboń Wielki. 
Raba.

Kolej transwersalna.

Szosa nr 28 w Rabce Zaryte.
Początek podejścia.
Jeszcze tylko jedna przerwa – i teraz role się odwracają: tym razem to ja się objadam, a inni patrzą. Kuba zasugerował, żebym temu tematowi poświęcił szczególną uwagę. Po oddaleniu się od zabudowań wyciągnąłem z plecaka kuchenkę wojskową z racji żywnościowej SRG – to tak naprawdę kawałek blachy, rozmiarów około 10 na 15 cm z nacięciami, które wykorzystuje się do powyginania tej blachy tak by utworzyć miniaturowe palenisko, do którego wkłada się paliwo turystyczne w tabletkach, a na którym stawia się konserwę. Przez swoją niestabilność gotowanie na niej jest bardzo niewygodne, ale sama kuchenka z paliwem waży i zajmuje tyle co nic, więc ogólnie jest niezłym pomysłem. Pewnie niektórzy pierwszy raz słyszą o konserwach na ciepło. Odgrzana konserwa z pieczywem (nawet jeśli to byle jaka bułka) może być substytutem jednego dania, a poza tym prawie każda konserwa na ciepło smakuje dobrze, co mówię jako człowiek bardzo wybredny w temacie tego typu produktów. 
Palenisko przygotowane do użytku.
Chwilę po zjedzeniu na szlak wjeżdża traktor i trzeba się było szybko zbierać, bo gotowałem na środku polnej drogi. Była to dobra motywacja, by ruszyć w dalszą drogę. Dalej było już tak naprawdę tylko stromo pod górę. Próbowaliśmy ustalić odległość do szczytu z mojego znaleźnego zegarka outdoorowego, który bez kalibracji okazał się skuteczniejszym depresantem niż wysokościomierzem, kiedy to wskazał nam wysokość szczytu kilkadziesiąt metrów wysokości względnej poniżej prawdziwego szczytu. Ponadto zgubiliśmy szlak żółty. GPS w telefonie pomógł nam nieco, lecz koniec końców znaleźliśmy się na szlaku niebieskim.
Długa droga w górę.
Szczyt Lubonia Wielkiego (1022 m n.p.m.)
Widok na Strzebel (977 m n.p.m.).
W schronisku jak w schronisku, odrealniona atmosfera. Zjedliśmy świetny żurek, a po obiedzie chwyciliśmy za gitarę i zagraliśmy kilka utworów, do których śpiewania dołączył się też gospodarz.
Schronisko PTTK na Luboniu Wielkim. Karol przegląda księgę gości.
Nasz wpis do księgi gości. ;)
Polecamy miejscowy żurek. ;)
Na ścianie widnieją wszelakie odznaki i zdjęcia gości.
Również Karol do nich dołączył. ;)
Zrobiliśmy sobie jeszcze kilka zdjęć i poszliśmy w dół w kierunku przełęczy Glisne. Mglisty dzień zamknął ładny w swojej łagodności zachód słońca. Po drodze minęliśmy sporo pastwisk, tu jakaś koza, tam krowa, tam coś jeszcze. Jedna z krów pozwalała sobie na wycieczki osobiste adresowane do Karola, ten natomiast nie puszczał płazem, gdy zwierzę obrażało jego rodzinę i wymierzał raz za razem siarczyste riposty. ;)
Pamiątkowe zdjęcie.
Drogowskazy. Początek Małego Szlaku Beskidzkiego (137 km).
Na MSB.
Nie ma to jak wieczorny spacer po lesie.
Czasem bywa stromo.
Zachód słońca.
Schodzimy do Przełęczy Glisne.
Strzebel w całej okazałości.
Na horyzoncie chmury straszą, przesłaniając nam widok na Beskid Wyspowy.
Każdy się czasem męczy. ;)
Chwytamy ostatnie promienie słońca.
Na przełęczy Glisne (634 m n.p.m.).
Lada chwila dojdziemy do Mszany.
Kawałek asfaltem...
...później znowu polami.
Raba ponownie.
Z busem mieliśmy niemałe szczęście. Gdy doszliśmy do Mszany Dolnej, musieliśmy jeszcze poszukać dworca autobusowego. Byłoby gorzej, gdybyśmy nie spotkali przechodniów, którzy udzielili nam wskazówek jak tam dotrzeć. Szybkim krokiem przyszliśmy na styk i nawet nie musieliśmy czekać. Zadowoleni, ale na pewno zmęczeni, wróciliśmy do Krakowa.

Gościnnie,
Wojciech Łata