Do kei udaje się podejść za trzecim razem, ze względu na lekkie problemy ze złapaniem i założeniem cumy na bojce. Ale w końcu jesteśmy. Szybki skok do bosmana - możemy stać gdzie stoimy. Hurra! Można odpocząć :) Szybki klar na pokładzie zrobiony i możemy zwiedzać port. Cały ośrodek jest ukryty w sosnowym borze. Tuż obok pomostu dwa namioty z fast-foodami, niestety już zamknięte. Kawałek dalej budynek z sanitariatami, który swoim wyglądem nasuwa skojarzenia z bunkrem. Nieco dalej kolejny namiot z fast-foodami i krąg ogniskowy nie dla gości. I tyle. No cóż, nie pozostaje nic innego jak zrobić obiad ze swoich zapasów. Ponieważ jest już po 1800 podejmujemy decyzję, że zostajemy tutaj na noc.
Wieczór spędziliśmy opróżniając flaszkę i grając w pokera, po czym padliśmy w koje i w objęcia snu.
Śniadanko, mycie garów, szybkie szkolenie dla załogi z podstawowych węzłów i możemy ruszać. Dzisiaj wieje już całkiem nieźle - 3-4 B. Wiem, że musimy się pilnować, bo po południu zapowiadali burze. Wyszliśmy z zatoki na silniku, a gdy wokół nas zrobiło się trochę więcej miejsca, postawiliśmy żagle. Dużym łukiem ominęliśmy niebezpieczną Krowią Mieliznę i kontynuowaliśmy naszą żeglugę na południowo-zachodnie krańce zalewu.
 |
Żeglujemy |
 |
Zalew Sulejowski z pokładu Lady Ku - widok w kierunku tamy |
 |
Radość żeglowania |
 |
Lady Ku w przechyle |
 |
Kurs na SW kraniec zalewu - przed nami Wielka Wyspa |
Na początku czekały nas efektowne przechyły w bajdewindzie. Gdy oddalamy się od niebezpiecznej mielizny, odpadamy do baksztagu i dalej płyniemy już z wiatrem. Przy takim wietrze mamy na prawdę niezłą prędkość. Mijamy Wielką Wyspę, wioskę żeglarską w Zarzęcinie, w końcu wpływamy za cypel na którym ulokował się port U Bosmana. Cypel zasłonił nam wiatr wiejący wzdłuż jeziora i zrobiło się spokojnie. Ciasnym przesmykiem płyniemy w kierunku Południowej Zatoki. Wiatr tutaj jest słaby i kręci niemiłosiernie. Żeby dopasować się do jego kaprysów musimy wachlować żaglami w te i z powrotem. Nie chcę zapuszczać się za bardzo w głąb zatoki, bo jest ona jednocześnie ujściem rzeki Pilicy do zalewu, przez co jest płytka, pełna mielizn, a nieco dalej - bagien. Mamy plan żeby zrobić małe kółko i wracać, niestety okazuje się, że jest płycej niż sugeruje mapa. Lady Ku wchodzi na mieliznę. Słychać charakterystyczne szuranie, po czym zatrzymujemy się w miejscu. Gdyby to był jacht morski, mielibyśmy spore kłopoty. Na szczęście w dalszym ciągu jest to łajba szuwarowo-bagienna i zejście z mielizny nie stanowi dużego kłopotu. Zrzucamy żagle, podnosimy miecz i płetwę sterową, po czym wycofujemy się na silniku. Kilkadziesiąt metrów dalej, ustawiamy się pod wiatr i ponownie stawiamy żagle. Ponowne przejście przez kilkusetmetrowy przesmyk jest katorgą - wiatr sam już nie wie skąd wieje. W końcu znowu łapiemy wiatr hulejący przez całą długość zalewu i żegluga staje się bardziej stabilna. Wypatrujemy wejścia do portu U Bosmana, gdzie zgodnie z planem chcemy stanąć na obiad. W końcu odnajdujemy kanał ukryty pomiędzy szuwarami. Wtedy też zdaję sobie sprawę, że unoszące się nieopodal zielone butelki po spricie i czerwone kanistry to nie śmieci a nieudolna, aczkolwiek pomysłowa próba imitacji oznaczeń szlaku żeglownego. Żagle w dół, kataryna i wchodzimy do portu. I zaraz po wejściu zostajemy z niego wyrzuceni, bo to prywatne miejsca nie dla gości. No cóż, silnik mała wstecz i wychodzimy tym samym ciasnym kanałem, którym tu wpłynęliśmy.
 |
Wejście do portu |
 |
Nie tylko żeglarze odpoczywają przy brzegu |
 |
Port u Bosmana |
 |
I zaraz znowu wychodzimy na wodę |
 |
Ciasny tor wodny |
 |
Ostrożne manewrowanie |
 |
I znów jesteśmy na wodzie |
 |
Głęboka zaduma |
 |
O czym oni tak myślą? |
Skoro nie chcieli nas U Bosmana, to płyniemy do sąsiadów. Kawałek dalej znajduje się port Na Cyplu. Może tam będą bardziej gościnni?
 |
Lady Ku na silniku w drodze do portu Na Cyplu |
 |
Piękny uśmiech |
 |
Port Na Cyplu |
Krążymy chwilę wypatrując najlepszego miejsca do zacumowania. I jest! Trzecie miejsce przy prawej kej. Stajemy na upatrzonym stanowisku. Spacerek do bosmana, "no bo tu jest miejsce rezydenckie, ale jak tylko obiad, to możecie stanąć". No to zostajemy.
 |
Przy kei |
 |
Portowy chillout. Po lewej widać nasz jacht |
 |
Gdyby jachty robiły sobie selfie, to pewnie tak by to wyglądało |
Ledwo skończyliśmy posiłek w przyjemnej tawernie ukrytej w lasku i przychodzi gościu, powiedzieć nam, że przypłynęli właściciele i musimy zwolnić miejsce. No to w drogę wiara! A liczyłem na trochę więcej odpoczynku.
 |
Powrót na jacht. |
Pogadaliśmy chwilę z właścicielami miejsca i przeprosiliśmy za kłopot. Okazało się, że oni też kiedyś się wpakowali na mieliznę u wejścia Zatoki Południowej. Mielizna connection sailors ;). Miły facet nawet nam pomógł z cumami. Po niedługiej chwili znowu bujamy się na falach pod pełnymi żaglami. Nie mamy planów żadnych konkretnych planów na resztę dnia. Skoro dotarliśmy na południu brakło nam zalewu, to teraz płyniemy na północ. Po drodze wypatrujemy przyjemne miejsce na nocleg, a że mamy jeszcze kupę czasu, to włóczymy się bez celu, ciesząc się wodną przestrzenią i wiatrem we włosach.
Żeglarstwo ma w sobie coś magicznego. Kiedy oddajesz cumy, cały Twój świat się kurczy do kilkunastu metrów tego pływającego pudełka. Owszem codzienne problemy są, ale jakieś takie odległe i nieistotne. Tak jak ta cienka zielona linia brzegu zawieszona gdzieś między tonią wody a błękitem nieba. A dookoła przestrzeń - wielka, rozfalowana i dająca niesamowite poczucie wolności. I człowiekowi od razu jakoś tak się lepiej żyje...
W końcu po lewej burcie mijamy zatokę, w której spędziliśmy pierwszą noc. Chwilę później decyduję, że czas zawracać. Akurat czasu mamy na tyle, żeby spokojnie dopłynąć, stanąć na kotwicy i nazbierać drewna na ognisko. Przez dłuższą chwilę towarzyszy nam policyjna łódź na patrolu, ale ostatecznie każde z nas popłynęło swoim kursem. Wkrótce ponownie mijamy Wielką Wyspę i wchodzimy do Zatoki Hubala, gdzie chcemy spędzić noc na dziko. W środku zatoki znajduje się malutka, urokliwa wysepka. Kusi nas, żeby tam stanąć, ale ostatecznie odstrasza nas panujący tam tłok i stajemy na większej Wyspie Jeżynowej. Znajdujemy fajne miejsce, kręcimy się trochę i szykujemy się do lądowania. W końcu rzucamy kotwicę i ustawiamy się rufą do brzegu.
 |
Zatoka Hubala |
 |
Mała wysepka na środku zatoki |
 |
Przesmyk za Wielką Wyspą |
 |
Lady Ku na dziko |
 |
Pamiątkowe fotki |
 |
Dzisiaj na kolację same pyszności |
 |
Ognisko |
 |
Nasze obozowisko |
Po kolacji na jaw wychodzą poważne braki w zaopatrzeniu. Nie mamy wódki! W załodze konsternacja. Troje ochotników rusza na pieszą wyprawę do sklepu. Przypominam, stoimy na wyspie. Bezludnej. I to jest chyba najlepsza anegdotka z naszego rejsu. Ku wyjaśnieniu sytuacji - według mapy, od stałego lądu oddziela nas jedynie cienka, niebieska linia (rzeka). Osin twierdzi, że już tam doszedł i że to jest ledwie malutki strumyczek, który można bez problemu przejść. Ostatecznie ekspedycja zakończyła się klęską - oprócz samej rzeczki po obu stronach stronach są zarośnięte bagniska. Załoga mnie przekonuje, żeby płynąć do Zarzęcina - na drugą stronę jeziora. Jestem zmęczony po całym dniu i nie chcę mi się jak diabli, ale w końcu z niechęcią ustępuję. Dwoje ochotników ma płynąć ze mną. W ostatniej chwili pada hasło, żeby sprawdzić w internecie godziny otwarcia. Nie znajdujemy żadnych konkretnych informacji i po krótkiej dyskusji dochodzimy do wniosku, że nie ma sensu płynąć (było sporo już po 2000). Na tych zadupiach i tak pewnie wszystko będzie zajęte. I tak bezludna wyspa zrobiła z nas abstynentów. Wieczór spędzamy grając w pokera i w Tabu.
Ostatni dzień rejsu zaczynamy koło godziny 0900. Wygrzebuję się na pokład przez forluk. Poranek jest piękny. Stoimy w naprawdę fajnym miejscu, a gładka jak lustro tafla wody jeszcze dodaje uroku.
 |
Pobudka na jachcie |
 |
Poranek nad wodą - żaden aparat tego nie odda |
 |
Redakcja CWD - w końcu w komplecie |
 |
Zaspana załoga |
 |
Na dziobie |
Zanim zrobimy śniadanie musimy umyć gary po wczorajszym ognisku. Wymoczyliśmy je w wodzie zaburtowej, ale teraz i tak trzeba by je chociaż opłukać w czystszej wodzie. W zbiorniku mamy jeszcze całkiem spory zapas wody, ale kran odmawia współpracy i jak na złość nie chce wydusić z siebie nawet kropli. Armator wspominał, że coś może być nie tak z tym kranem i wtedy trzeba włączyć pompkę i zassać ustami wodę z kranu. No to ciągnę. Raz i drugi, po czym zajrzałem do zbiornika. Na dnie trochę piachu, w środku dryfuje jakaś stara, pokryta glonami uszczelka. I jakoś tak mi się odechciało... Postanawiamy skoczyć na drugą stronę do wioski żeglarskiej w Zarzęcinie na prysznic, śniadanie i mycie garów. Wybieramy cumę kotwiczną, odpalamy silnik, zrywamy kotwicę (było trochę ciężko, bo trzymała na prawdę solidnie, ale koniec końców dało radę). Żagli nie ma co stawiać, bo raz, że to bliziutko, a dwa że i tak nie ma wiatru. Przystań jest zapchana, nie mamy gdzie stanąć. Kręcimy się to tu to tam. I lipa. Nie ma miejsca przy kei ani na dziko. Jest kilka wolnych bojek, ale to nas nie ratuje, bo chcemy dostać się na brzeg. Próbuję znaleźć coś kawałek dalej, żeby ewentualnie dojść te kilkaset metrów na piechotę, ale też nie da rady. W końcu od pomostu odchodzą dwa jachty, zwalniając nam miejsce. Podchodzimy dziobem, z rufy rzucamy kotwicę. I zaczynają się problemy - brakło jakieś 1,5 metra cumy kotwicznej, żebyśmy mogli spokojnie dojść. Próbuję na szybko przywiązać drugą linę, ale w efekcie cuma kotwiczna wypada mi z ręki i leci do wody. Jacht samoistnie dopływa do pomostu, Klaudia z Bartkiem schodzą na keję. Mówię im, żeby zostali, reszta załogi łapie za bosak i odchodzimy na wstecznym. Łapiemy końcówkę liny, spokojnie teraz dowiązuję drugą i dochodzimy jeszcze raz. Tym razem bez problemów. A dzięki tej akcji mamy kilka ładnych fotek:
 |
Problemy z cumą kotwiczną |
 |
Podejście drugie |
 |
Cumowniczy już czeka |
 |
Tym razem się udało - Tak stoimy! |
 |
Wioska żeglarska Zarzęcin |
Jednak okazuje się, że to nie koniec problemów. Jacht stoi krzywo. Wybieram nas trochę na kotwicy i już jest okey. Idę do bosmana - możemy stać. Wracam, a jacht - znowu stoi krzywo. Zaniepokojony chwytam za linę kotwiczną. A jakże! Kotwica nie trzyma w ogóle. Mógłbym ją bez problemu wciągnąć na pokład. Trzeba coś wykombinować. W pierwszej kolejności muszę zabezpieczyć dziób, bo mamy dopychający wiatr. Chwytam za odbijacz, ale keja jest obija gumą i robi ona całkiem niezłą robotę, więc odpuszczam. Podciągam kotwicę, tak żeby móc odwiązać tą dodatkową linę. Zakładam dwa szpringi z rufy i one nas już trzymają prostopadle do nabrzeża. I ponieważ nie planujemy stać dłużej niż to konieczne, zostawiamy wszystko tak jak jest
 |
Lady Ku oparta dziobem o pomost |
Prysznic kosztuje 6zł, ale tym razem bez limitu czasu. Ponieważ dostajemy klucz do ręki, za te kilka złotych myje się cała załoga. Ja biorę ze sobą telefon i ustawiam dźwięk na full. Jeśli coś będzie się działo załoga ma dzwonić. Przyjemnie nacieszyć się ciepłym prysznicem, ale jednak staram się streszczać, bo niepokoję się o jacht. Kiedy wracam już na mnie czeka pyszna jajecznica z dodatkiem mięsnej konserwy. Po śniadaniu szybkie mycie garów i odpływamy. W końcu mogę przestać się niepokoić. Po chwili stawiamy pełne żagle i obieramy kurs na nasz macierzysty port Maruś.
 |
Na niebie małe białe owieczki - zwane czasem chmurami dobrej pogody |
 |
Znów przychyły |
 |
Na wodzie nie jesteśmy sami |
 |
Żeglujemy |
 |
Nasze żagle |
 |
Ohoho przechyły i przechyły, ohoho trzymajcie się dziewczyny... ZA LINY!!! |
Przy tamie jesteśmy koło 1600. Zamieniamy żagle na grotdiesiela i na spokojnie przygotowujemy się do wejścia do portu. Jeśli coś kompletnie zchrzaniliśmy, albo dokładniej ja zchrzaniłem podczas tego rejsu to właśnie manewry w tym porcie. Między keje wchodzimy tyłem, a ja sobie wypatrzyłem mooring, który będę chciał złapać, wytłumaczyłem załodze co mają robić. Kiedy jesteśmy już blisko stwierdzam, że nie damy rady wcisnąć się po między nim, a sąsiednim jachtem. Koryguję kurs i próbujemy złapać ten nieszczęsny mooring z drugiej strony. Udało się, więc zaczynam zbliżać się do kei. I nagle się zatrzymujemy. Szukam przyczyny. Może za małe obroty silnika? Trochę gazuję i nic. Zaryliśmy w dno? Ster chodzi, więc ten jest spoko. Miecz? Uchylamy trochę - dalej stoimy. No to o co chodzi? Zaplątaliśmy się w nieszczęsny mooring. Zamiast mieć go przy jednej burcie to mamy go dokładnie pod naszym dnem. Próba oswobodzenia kończy się tym, że plączemy się w drugi mooring. Jest źle. Każę Barkowi pilnować, żebyśmy nie walnęli burtą w drugi jacht, a sam kombinuję jak się wydostać z tych lin. W ruch idzie bosak. Udaje nam się przeciągnąć jeden mooring na samą rufę. Wyciągam z wody płetwę sterową oraz silnik i jeden mooring mamy z głowy. Cały osprzęt na rufie znowu w ruch, żeby mieć jakąkolwiek możliwość manewru. Z drugim mooringiem radzimy sobie podobnie, z tym że jeszcze musimy całkiem podnieść miecz. W końcu jesteśmy wolni i wychodzimy z portu, żeby ponowić manewr. Za drugim razem poszło już bez problemu i w końcu jesteśmy przy kei. Chodź nieszczęsny mooring i tym razem nie ułatwił nam zadania. Trzeba było zaknagować go na dziobie. Męczę się, szarpię, ciągnę a w efekcie udało mi się zrobić tylko pętlę wokół knagi. O dokończeniu węzła nie było mowy. Musiałem się poddać - za pomocą bosaka złapałem drugi mooring i ten już bez problemu zaknagowałem. Co poszło nie tak za pierwszym razem? Gdy wiedziałem już, że nie damy rady podejść według pierwotnego planu, nie potrzebnie próbowałem wykręcić tak, żeby złapać linę z drugiej burty. Ster i silnik przeszedł, a mieczem zgarnęliśmy mooring. I to on nas zatrzymał. Mogłem przerwać manewr, odejść na drugi krąg i podejść większym łukiem. Cóż, człowiek uczy się na błędach. Z drugiej strony pierwszy raz spotkałem port, którego infrastruktura utrudnia zadanie żeglarzowi. Sam mooring był założony w bezsensownym miejscu. Gdyby nie on, spokojnie między nas wcisnąłby się jeszcze jeden jacht. A tak się już nic nie zmieści, bo głupia lina blokuje. W dodatku był tak naciągnięty, że nawet nie dało się go zaknagować. Mistrz bezużyteczności.
Coby nie było, znów jesteśmy w macierzystym porcie. Jacht zacumowany, liny sklarowane, a to oznacza, że nasz rejs właśnie dobiegł końca. Jemy ostatni posiłek na jachcie. Pozostało się wyokrętować i zdać jacht. Odbieramy kaucję i jedziemy zwiedzić pobliski rezerwat Niebieskie Źródła.
 |
Rezerwat Niebieskie Źródła |
 |
Klimat bagienno - błotny |
 |
Rodzinka |
 |
Woda jednak krystalicznie czysta |
 |
Podwodne wywietrzysko |
 |
2/3 załogi |
Jedziemy jeszcze do Mc'Donalda w Tomaszowie Mazowieckim i później rozjeżdżamy się każdy w swoją stronę...
Podsumowując, udało się! I to jest najważniejsze. Za nami trzy dni żeglarskiej włóczęgi i dwie rozbujane nocki. Zostanie nam garść wspomnień z chwil spędzonych z fajnymi ludźmi i całe mnóstwo zdjęć. Dla mnie to był dość męczący wyjazd. Ale też bardzo satysfakcjonujący. Jako kapitan, mając zieloną i niedoświadczoną załogę, udało mi się ogarnąć jacht i wszystko co było związane z tym rejsem. Choć nie wszytko wyszło idealnie, ale daliśmy radę.
Fajnie też było patrzeć jak z ludzi, którzy pierwszego dnia kompletnie nie wiedzieli co się dzieje, pomału tworzy się prawdziwa, sprawna załoga. Kiedy zacumowaliśmy w Zarzęcinie poszedłem zgłosić bosmanowi nasze przybycie. Jak wróciłem zastałem już pięknie sklarowany jacht i sam nic już nie musiałem robić. To było mega. Liczę na kolejne takie wypady.